Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2024

JUTRO ZNIKAM, ALE NIE NA DŁUGO!

Nadszedł czas wymiany lewego kolana. Wszystko omówione, zaakceptowane, terminy późniejsze ustalone. Przez przypadek także dowiedziałam się, że o dosłowny rzut beretem jest nowo utworzony oddział rehabilitacyjny, na który bez problemów i długiego czekania można się starać zaraz po wypisie z naszego szpitala! No i można też stamtąd wypożyczyć  wprawdzie za opłatą tak zwany "arbitrek", ale nie kosztuje to nie wiadomo ile. Także ten, będzie dobrze! 

No to teraz pokażę Wam trochę zimowych fotek. Tak na trzymanie kciuków, aby wszystko poszło dobrze!




Jemiołuszki pełną gromadą zaglądały mi do okna



Piękne zimowe malunki


Morsowanie w jeziorze.
Aż mnie ciarki biorą jak na to patrzę!



Ciekawe, co za stworzonko biegało po śniegu? Ni to pies, ni wydra! ;-)

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie!
Do miłego! 
😊


niedziela, 26 czerwca 2022

JAKOŚ ŻYCIE SIĘ TOCZY !

 Nie ze wszystkim się pogodziłam, jeśli chodzi o szpitalne historie. Żałuję, że tylko 6 tygodni można było zaliczyć. Kolano nadal ma zakres niezbyt zadawalający. Trudno! Znowu musiałam poszukać fachowca fizjoterapii, bo mój dotychczasowy jest na długim urlopie. Na całe szczęście, udało się, i już od najbliższego piątku sprawdzę w nowym miejscu, czy zostanę poddana relaksacji poizometrycznej, która się dobrze zapowiadała w szpitalu, tylko czasu na nią zabrakło! Oczywiście,  wszystkie ćwiczenia robię nadal, nie ma, że boli.  Na rowerze stacjonarnym całkiem, całkiem, ale rower normalny jest póki co poza zasięgiem, niestety! Więc chodzę. Z plecaczkiem na zakupy i przyjaciółką laseczką, bo coraz dłuższe odcinki mi się zdarzają.

W ubiegłym tygodniu wizyta na córczynej działce -  niespodziewajka! Udało mi się zdobyć chyba ostatnie kwiatowe resztki z ogromnego krzewu czarnego bzu. No i 4 litry syropu na zimę już czeka w spiżarce. Towarzysko też nieźle, bo jak co roku spotkałam się z moimi super Wielkopolanami, no i załapałam się na ognisko kończące sezon spotkań naszego emeryckiego stowarzyszenia. 

A na dodatek jeszcze wycieczka - do Rogalina i Kórnika!

ROGALIN









KÓRNIK









Duuużo uśmiechów do WAS ślę! :-))))))







piątek, 29 kwietnia 2022

PRAWIE JAK W PEERELU !

Z biegiem czasu człowiek przestaje się denerwować, niespecjalnie ma pretensje do świata, nie mówiąc o ludziach, słowem część tego, czego nie można normalnie ogarnąć, "zwisa mu swobodnym dżordżem"! Niestety, życie od czasu do czasu potrafi zaskoczyć, i chcąc nie chcąc nerwy stają na baczność!

A było to tak! Trzy dni temu się zdarzyło - na spacer się wybrałam. Było słonecznie, prawie bezwietrznie, słowem "cud, mniód i ultramaryna", zatem naszło mnie, aby zadzwonić do warsztatu samochodowego i ustalić termin przeglądu, a także przy okazji wymiany płynu  w klimatyzacji oraz opon na letnie! Rozmowa była krótka, bo jestem tam stałą klientką, i pan Mechanik już wie, co ma robić.  Po trzech minutach było po rozmowie, a ja zauważyłam, że ktoś w międzyczasie do mnie się dobijał. To dryndłam. Zajęte! Przez 10 minut dobijałam się ja , i nic, zajęte. A potem przez 5 godzin, co pół godziny wydzwaniałam, bez żadnego odzewu. Ciśnienie mi się podniosło tak, że klękajcie narody! Pół nocy nie spałam, rano czekałam jak na zbawienie na godzinę ósmą! Dzwonię, o dziwo odebrano, przedstawiłam się, i ...... usłyszałam, iż dlatego, że nie odebrałam telefonu, zaproponowano komu innemu mój termin rehabilitacyjny! Myślałam, że wyjdę z siebie!!! Bo jak to tak, to ja przez kilka tygodni mam "warować" przy telefonie do południa, by szpitalni mogli mnie zawiadomić, iż szczęściem moim jest zaproszenie na zabiegi, które mi się należą, jak psu miska! I to nieważne, iż przez całe życie płacisz na enefzet, prócz porodów dwóch nie korzystasz z żadnych świadczeń, a gdy prawie jesteś w połowie siódmej dziesiątki, robią ci taki numer! Zatem możecie sobie wyobrazić, na jaki poziom frustracji weszłam!

Zadzwoniłam do Braciszka, bo nie ma to, jak bratnia dusza, której możesz się wyżalić! Wytrzymał wszystkie "joby", które mu zaserwowałam, i po których mi ulżyło! I aby nie było nudno, w trakcie naszych gadek, znowu widzę numer ze szpitala! Rozłączyłam się, i co usłyszałam? Kto zgadnie? Tak, tak, tak! Zaproszenie na kilkutygodniowy turnus rehabilitacyjny!!! Mam się stawić zaraz po majowym święcie, czyli czwartego maja! Uffff! Zatem się szykuję! Najważniejsze, że w bibliotece nauczono mnie obsługiwać aplikację potrzebną do słuchania lub czytania audiobooków! Dla mnie to akurat abrakadabra, bo zawsze szelest kartek prawdziwej książki był dla mnie najważniejszy! Ale przecież człek przez całe życie się uczy, c`nie? No, to teraz przede mną świąteczno - majowe spotkanie z Rodziną, bo wymyśliłam sobie, iż skoro mnie nie będzie prawie miesiąc, to... Urodziny Córki-Wiewiórki oraz Wnuczki będą u mnie! W planie jest jeszcze wypad z Koleżusią, to może jeszcze uda mi się przed wyjazdem z Wami podzielić wrażeniami!

A teraz trochę Wiosny u mnie! I w okolicy!










wtorek, 12 kwietnia 2022

TROCHĘ WIOSNY!

Prawie cały ubiegły tydzień siedziałam w domeczku. Pan Fizjo był u mnie tylko raz, aby upewnić się, czy za bardzo nie "fikam"! Na całe szczęście, pogoda była belejaka, to i nic nie kusiło specjalnie! Oczywiście, nie obyło się bez wieczornych, niezbyt długich przechadzek.  





Przy okazji skończyłam dziergoty wielkanocne, które już powinny być u adresatów. Przeszukałam też trochę internetu, aby znaleźć coś fajnego do zrobienia dla Progenitury. Trafiło na drób! Poniżej - się suszy - drób oczywiście - potraktowany ługą. Dorobiłam jeszcze dwa koszyczki, wyłożyłam je siankiem z pociachanej krepiny, i teraz kurki poczekają na śniadanie wielkanocne, i swoje kieliszki do jajek !


Wczoraj zaś pan Fizjo zmaltretował mnie okrutnie, ale chyba jest tego niezły efekt, bo dzisiaj czuję się prawie jak nówka nieśmigana! I nic mnie nie boli! I już prawie mogę usiąść na rowerze! I szok, i  nie będę zapeszać! Trochę sińców na podudziu, to przecież pestka! W piątek mam zapowiedzianą powtórkę z rozrywki! 
A ze szpitala nadal nie ma wiadomości, kiedy pojadę się rehabilitować pooperacyjnie! Chyba prędzej pan Fizjo mnie postawi do pionu!
Za to dzisiaj umyłam jedno duże, i dwa małe okna! Brawo ja! Nie cierpię przecież tej czynności! ;-)


wtorek, 15 lutego 2022

POWOLUTKU DOCHODZĘ DO NORMY!!!

 Ufff! 

Jakoś leci, tyle tylko, że bardzo, bardzo wolniutko! Ale tak trzeba, tak należy, bo inaczej będzie buuum!   

A zaczęło się miesiąc temu. W szpitalu na granicy dwóch województw: pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Ja pośrodku, zgodnie z wolą mego ortopedy, który do tej drugiej części przynależy! Styczniowej niedzieli zabrał mnie Synek do tego szpitala, potowarzyszył w triażowych przepychankach, a ja potem dotarłam na oddział ortopedii, do babskiej sali. Bardzo wąski pokój, w nim 4 łóżka i 4 szafki, z których każde przynależne było do tych kilku pacjentek. Zaraz przybiegły pielęgniarki pobierać co się da, wenflony sadowić, wywiady przeprowadzać, itp, itd. Cienki obiadek dali, potem kazali odpoczywać, i ani się spostrzegłam, jak zawieźli mnie na salę przedoperacyjną. Oczywiście znowu to samo, czyli dokładać to, co brakuje, np. cewnik, potem tabletki na spanie, na ból, i nie wiadomo co jeszcze. A rano "głupi jaś"! Na sali operacyjnej zimno jak w przeręblu, przed oczyma jakaś przegroda, a potem.... to już nie pamiętam, a jak coś mi pod kopułką świtało, to jakiś nieokreślony ból i kołędzenie w głowie. Obudziłam się w sali pooperacyjnej i to było coś dziwnego, czyli dzień bez dnia, noc bez nocy i ból, i rwanie w nogach, i czort wie co jeszcze. Ale rano w miarę normalnie - noga była, nie była, nie wiem, coś ciężkiego raczej! Przetransportowali mnie na moją salę. Dali tabletki na po i na spanie, potem jakieś obiadowe coś, czyli niewiadomoco, zaczynało mnie boleć i strasznie chciało mi się siusiu! Przyszła pani od fizjo i zaczęła mnie pionizować. Gdyby nie "myk", który mi sprzedała, nie wiedziałabym, jak tą operowaną kończynę w ogóle poruszyć! Ale się udało, i o dziwo, następnego dnia już sama tuptałam po korytarzu oparta o balkonik. Na następny dzień były już kule i chodzenie po schodach, co nadzwyczaj dobrze mi szło. Rana też dobrze się goiła, wszyscy zadowoleni, łącznie ze mną, i oczywiście panem doktorem-Operatorem! 

Przyszedł czwartek, i dostałam wypis. A w nim nakaz wyciągnięcia szwów za 10 dni, wykonywanie zadanych ćwiczeń 2 razy na dzień, i kontrola w połowie marca. Sprawa rehabilitacji jakby nie istniała, czyli sama sobie załatwiłam terapeutę na miejscu, a poszpitalne reha, to cierpliwe czekanie na wolny termin, ot tak coś koło trzech miesięcy! To czekam, a w międzyczasie - wesoło. Po zdjęciu szwów ( staplery, czyli metalowe, które może zdjąć wyszkolona pielęgniarka w obecności lekarza), po dwóch dniach z opatrunkiem, okazało się, że jeden z nich sobie tkwi w bliźnie. To był hardkor do sześcianu! Na miejscu nikt nie chciał się podjąć ( zrobili w S. tam należy jechać), prywatni chirurdzy nie do załatwienia na cito. Jedno szczęście, że Zięciu ma na SOR kuzyna, to późnym popołudniem pojechaliśmy i w trzy sekundy ten metal był wyciągnięty. Prawie w ostatnim momencie, bo od rana zdążył się wymościć tak, że ledwo go było widać! Jednym słowem nerwówka jak się patrzy! 

Na całe szczęście przyjechał mój najmłodszy Braciszek, który roztoczył nade mną opiekę, tak jak dwa lata temu przy artroskopii lewej nogi! Dziecka odetchnęły, bo każde z nich pracuje w firmach eksportowych i urlop to marzenie ściętej głowy, albo tylko 2-3 dni, a potem znowu harówka.  Zatem superaśna sprawa. Mogę sobie trochę pomarudzić, podąsać, powymagać! Będzie ze mną jeszcze do połowy marca, zanim nie pojadę na wizytę kontrolną, czyli razem półtora miesiąca. Farciara jestem!!!

Mój Fizjoterapeuta zna mnie już jak zły szeląg z czasów poatroskopijnych, ja zresztą jego też. Fantastycznie nam się współpracuje! Przychodzi co trzeci dzień, muszę mu pokazać jak ćwiczę to, co miałam zadane, potem przerabiamy nowe , a na koniec bierze się za moją nogę: ugniata, miętosi, w różne strony przywodzi i odwodzi, czasem mam ochotę wyć, ale zaciskam zębiska, bo wiem, że to dla mojego dobra!


dzień pierwszy po wymianie stawu kolanowego

dzień piąty



dzień wczorajszy!

Nie jestem jeszcze nawet na półmetku, ale mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, i będę mogła sobie "skikać" jak  należy! Oby! Bo gdyby wszystko skończyło się dobrze, to bez dwóch zdań - z lewą nogą też zrobię porządek!

I jeszcze jedno! Nie mam w tej chwili pełnych możliwości siedzenia ( brak mi zakresu co do zgięcia w kolanie ) i pisania postów, dlatego nie będzie mnie za często! Ale się postaram! Słowo! :-)))

Serdecznie pozdrawiam wszystkich tu zaglądających ! Trzymajcie się !!! :-)))








niedziela, 25 października 2020

TAKIE TAM!

 Pierwszy tydzień rehabilitacji kolanek za mną, od jutra zaczynam drugi! Jestem zadowolona, że na wizycie fizjoterapeutycznej poprosiłam o termin popołudniowy. Na triażu prawie żadnej kolejki, a potem wszystko  odbywało się szybko, na zasadzie : wpadam na pół godziny przed końcem, i z marszu mam pole magnetyczne, laser i prądy tens. A jakie luksusy! Wszystko w pojedynkę, zero towarzystwa , no i dezynfekcja do kwadratu. I już mnie nie ma! Aby nie było tak zupełnie fajnie, to nóżęta nadal się buntują. Chyba mnie dopada rwa kulszowa po prawej stronie. Do mego fizjoterapeuty nie idzie się dodzwonić, więc poszukałam w necie podpowiedzi na YT, i sama się gimnastykuję. Nawet z małymi sukcesami, bo okazało się, że najlepiej się czuję  po "kołysce" i "rozciąganiu baletnicy"! Do tego "rowerek", "koci grzbiet", "bird dog" i "dead bug"!

Ostatnie obostrzenia staram się omijać łukiem szerokim. Odkryłam, że na rower najlepiej nadaje się maseczka, którą wyszydełkowałam sobie w marcu, a której nie używałam dotąd, bo jednak miała rację Koleżanka Renia, że to do niczego się nie nadaje. No i okazało się, że najlepsza, bo jakby nie było, na paszczy coś mam, ale najważniejsze, że można w niej normalnie oddychać. Akurat dla mnie to i tak śmieszne, aby na rower toto nosić, ale skoro to nie jest jazda sportowa, tylko rekreacyjna, to niech będzie! Na promenadzie nadjeziornej rowerzystów można na palcach jednej ręki policzyć, a na posterunku i tak nikogo nie ma, bo z miasta bardzo rzadko funkcjonariusze przyjeżdżają.

Dzisiaj obchodzilibyśmy Urodziny Ślubnego. Wczoraj zrobiłam porządek na cmentarzu i upiekłam szarlotkę. Dzisiaj w porach rożnych odwiedziło mnie Szwagrostwo, no i Progenitura z Wnuczkami. Machnęliśmy całą blachę tej szarlotki z dodatkiem lodów waniliowych. Wypiliśmy po lampce wina i uznaliśmy, że obowiązek Wszystkich Świętych mamy także załatwiony!

A na trawniku życie nocne ma się dobrze. Efektem tego są kopczyki krecie w wielkościach takich, jakich ja jeszcze nie widziałam. Zresztą nie tylko ja się tym kopcom dziwuję! Nie wiem, ale wygląda na to, że te stworzonka jakąś rywalizację prowadzą, który z kopczyków większy! Nie robię nic z tym, bo nie ma sensu, i tak przelezę, gdzie chcą.  Dawno temu, gdy mieliśmy tylko domek letniskowy, był czas, że na niecałych 200m było prawie 100 pagóreczków. Wtedy Ślubny założył specjalną siatkę i od nowa założył trawnik, który przetrwał  dość długo, bo ponownie trzy lata temu się pokazały. Ale wtedy to czekałam do wiosny i wtedy z sąsiadem przepuściliśmy szturm. Teraz też poczekam!


Ach, i temat najważniejszy, którym muszę się się podzielić!!!

Tak, mamy nowego członka Rodziny!!! :-)))))))) Wnuk ze swoją ukochaną Chinką pobrali się. Ślub był cywilny. I skromny. Prócz Pary Młodej i Świadków, byli Jej Rodzice  oraz Brat z Żoną i Dzieckiem!

Kiedy ktoś od na tam pojedzie, nie wie nikt, bo u nas pandemia, a Chińczycy mimo, że u nich już spokój, i tak wszystkich przybyłych odsyłają na dwutygodniową kwarantannę! Córka szykuję paczkę z drobiazgami dla Młodych, a ja dołożyłam mały prezencik w postaci białego kompletu podkładek pod kubki i obrączek na serwetki!


Trzymajcie się Wszyscy Zdrowo!

I nie dajmy się siłom zła!