Prawie cały ostatni tydzień miałam tak zwariowany, że aż nie do uwierzenia!
Wpierw przeboje z sąsiadką! Mam po drugiej stronie ulicy taką, która jest aktualnie na życiowym rozdrożu. Mieszka o parę lat później niż powstał zalążek MBD, i do niedawna tylko kłaniałyśmy się sobie z daleka! Do czasu, ale to akurat teraz nieistotne. Po prostu w pewnej dość stresowej dla mnie sytuacji pozwoliłam sobie ja nawiedzić! Pomocy nie otrzymałam, ale..... sama pomoc niosłam i niosę czasami do teraz. Sąsiadka jest aktualnie na etapie wychodzenia z depresji i lekomanii. Pomocy ze strony przyjaciół żadnej, Rodzina za granicą, a z drugą połową, w stanie wojny przedrozwodowej! No! To wiecie, rozumiecie!
W każdym bądź razie, doszła ta moja Sąsiadka do wniosku, że czas skończyć ze spadaniem w dół, trzeba zabrać się za siebie. Udało jej się załatwić najpierw detoks lekowy, a potem leczenie psychiatryczne. I dobrze! Tylko jakoś nie przewidziała, że dotychczasowi przyjaciele mają ją w głębokim poważaniu, i nie było nikogo, kto by ją zawiózł do tego maciupkiego szpitalika - 25 km od nas! No, to ją tam zawiozłam! A po trzech dniach dowoziłam niezłą torbę prowiantu, bo ktoś ze współ pacjentów spożył to, co sobie w lodówce trzymała.
Sąsiadka ma trzech synów. Dwóch jest w Niemczech, bo tam pracują i doglądają majątku ich rodzicieli. Najmłodszy, w klasie maturalnej, mieszka z matką. Według mnie, "ciamciak" do kwadratu. Nie mnie oceniać wychowanie tego młodziana, ale ja sobie nie wyobrażam, abym musiała po nim sprzątać, zmywać naczynia, robić porządek w pokoju, wozić na korepetycje, i jeszcze do tego nie mieć nic na przeciw, że co rusz zostaje na noc jego dziewczyna! No, ale ja starej daty jestem przecież!
Gdy Sąsiadkę zawiozłam do lecznicy, poprosiła o podlewanie kwiatów. Zgodziłam się. Ale w międzyczasie był jej Synek i poprosił o klucz, bo zapomniał wziąć swojego (ja dostałam swój, aby nie musieć zgadywać, kiedy młodzian będzie w domu). Dałam, czemu nie! Ale okazało się po wyjeździe młodego do swej lubej, że dostałam klucz z felerem, a na dodatek złą instrukcję miałam co do otwierania bramy z naszej strony ulicy i z strony od jeziora. I zaczęła się zabawa z samoistnym włączaniem się alarmu! Wprawdzie po pewnym czasie wyłączał się sam, ale co nerwów się najadłam to moje. Zwłaszcza jak przyjechali ochroniarze z firmy i trzeba było się nieźle tłumaczyć! Uff! Dobrze jednak, że Sąsiadka, po jej przywiezieniu na swoje pielesze, była pełna energii, i całą sytuację opanowała. Od wczoraj jest Ona w klinice ( zawiozła ją jednak któraś z psiapsiółek), i zostanie tam do końca roku! Mnie zostają kwiatki. Stosów naczyń nie ruszam, bo to nie moja działka. Jak młody wszystko zużyje, to może pomyśli, iż naczynia należy po sobie myć!
W międzyczasie pojechałam do mego Ortopedy. Bez specjalnego powodu, ot tak, aby się pokazać, zdać relację z tego co robiłam, jak postępuje rehabilitacja, co mi przeszkadza w funkcjonowaniu dolnych odnóży, a co daje nadzieję na lepsze, i ewentualnie przedyskutowanie, co dalej. Badał mnie, badał, i na koniec zapytał, kiedy miałam ostatnio rentgena nóg w obciążeniu! A ja - ?????? ?????? Dostałam zatem skierowanie i ...mam się pokazać za tydzień. To był wtorek. A w środę, siedziałam sobie z książką przy boku, w tle grała muzyka na rmf classic, gdy usłyszałam, że będą nowe zakazy! Co zrobiłam w związku z tym? Ano, zerwałam się i mając w zanadrzu dwie godziny, pojechałam do pobliskiego szpitala, aby zrobili mi rtg. Oczywiście, jak zobaczyli skąd, to nie, nie możemy, bo rejonizacja! A jak zapłacę? To owszem! Ile? 100 zł!!!!! Zazgrzytałam zębiskami, zapłaciłam, i za pół godziny odbierałam płytkę z fotkami mych nóg! Wróciłam do domu, i myślę.... zadzwonić do mego ortopedy na jego telefon teleporadowy, czy nie? Poprosić o zmianę terminy na jutro, bo za tydzień, to może się nie udać, czy nie? Na szczęście stwierdziłam, że co mi tam, dzwonię!
I dobrze zrobiłam! Odpowiedź była zwięzła - oczywiście, przyjechać! Synek- Muminek nie robił problemów! Pojechaliśmy! Pan ortopeda długo oglądał zdjęcia, w końcu orzekł, że prawa noga nie artroskopii winna być poddana, ale całkowitej wymianie stawu kolanowego na sztuczny, i co ja na to! Zgłupiałam i mówię, że : doktorze, ale ja nie mam tyle oszczędności, aby taka operację zapłacić! Usłyszałam tylko: " a czy ja mówię o pieniądzach? zrobię wszystko, by miała pani to zrobione w ramach nfz! Wystawiam skierowanie, proszę o dane osobowe szczegółowe. Wprawdzie teraz wszelkie operacje są zawieszone, ale gdy tylko ruszą, to..... !!!!
No! Co mogę teraz? Czekać!!!



