Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2023

TROCHĘ TEGO i OWEGO!

Końcówka października to akurat był niezły odjazd. Z mej strony oczywiście. O mały włos bowiem musiałabym wszystko odwracać od początku, z oddalającą się perspektywą ortopedycznej ingerencji w me kolano lewe. Było tak: dostałam powiadomienie z sekretariatu ortopedii, że konsultacja z ordynatorem jest przesunięta z 2 listopada na 30 października. Ok! Pojechałam do szpitala, byłam trzecia w kolejce. Kiedy już dostałam się do ordynatora, usiadłam na fotel i czekałam, co będzie. A Pan się pyta, z czym ja przychodzę? Zgłupiałam. Dosłownie!!! W głowie mi się pustka zrobiła kompletna. Za trzecim podejściem Ordynator, gdy nadal nie umiałam się wysłowić, poprosił mnie do sekretariatu, aby zajęły się mną pielęgniarki. Kombinowały podpowiedzi takie, śmakie i owakie, a ja nadal nic. Obiecałam tylko że sprawdzę w domu, czy mam skierowanie, którego się ode mnie domagano. Znalazłam trzy dokumenty, wróciłam do szpitala, i znowu nic. Potrzebne jest skierowanie z kodem. Sytuacja okropna, pielęgniarki zadziwione, czas ucieka, znowu jadę do domu. Przewróciłam całą dokumentację - zero nul! Nerwy mam sama na siebie takie, że strach się bać! Ale patrzę? Na skraju kalendarza przyczepiona jest odwrotną stroną recepta, na której był zapisany termin tej konsultacji, o którą tak rano proszono! Rzutem prawie na taśmę, w ostatnim momencie, udało mi się dostarczyć ten dokument Ordynatorowi. No, i po kilkuminutowej dyskusji poinformowano mnie, że operacja odbędzie się 16-go stycznia przyszłego roku! Ufff

Żadnemu wrogowi nie życzę takiego zdarzenia. Najgorsza w tym wszystkim jest własna  bezsilność, bo te tak zwane "łagodne zaburzenia procesów poznawczych" potrafią z człowieka zrobić kukłę. Poza tym, najgorsze jest czekanie na te wszystkie procedury, a później na interpretację już wykonanych badań ( miałam już rezonans, dooplera żył szyjnych, oczekuję pod koniec grudnia na encefalogram ). 

Za to ten tydzień był prawie normalny. Rodzinka i większość Znajomych wie, co ze mną się od czasu do czasu dzieje, więc mogę prawie normalnie egzystować. To pojechałam z Koleżanką na grzyby. Były!


Na przywitanie, w lesie czekał na mnie ogromny prawdziwek z ciut mniejszym też. Było dużo podgrzybków, brzozaków, maślaków i miodówek. Zaczęły się pojawiać gąski. Mniam!


Wszystko posuszone i oczekuje Wigilii, która bez klopsików grzybowych, nie byłaby pełna.


Święta, to także piernik staropolski. Tydzień temu nastawiłam ciasto, czeka w chłodnej komórce.


A wczoraj, wszyscy którzy chcieli, mogli uczestniczyć w  DNIU NIEPODLEGŁOŚCI. Na placu przy marinie, tuż nad jeziorem, zjawiła się całkiem spora ilość mieszkańców naszej wsi. Część degustowała grochówkę, oraz drożdżówkę  i kawę. Część rozsiadła się wkoło ogniska i na ławach, aby pośpiewać. Każdy dostał ściągę, i się zaczęło śpiewanie patriotycznych pieśni. To było nie tylko wzruszające, ale także piękne, że tyle ludzi przyszło, aby podkreślić, jak ważna jest Niepodległość!


Dzisiaj nadal u nas słonecznie i ciepło, wybrałam się więc na spacer, z którego przyniosłam różne przydatne gałązki. Zrobiłam stroik - jutro zaniosę Ślubnemu!  To szósty rok bez niego. Ech !!!




sobota, 16 października 2021

NA GRZYBY BY....!

Kilka dni temu zadzwoniła koleżanka z pytaniem, czy nie chciałabym z nią pojechać na gąski ( grzybek taki ), bo pamięta, że tam gdzie wskazałam, było ich całe mnóstwo! No! Ja na to, jak na lato, ale drobny szczegół jest, bom akuratnie mało mobilna! Koleżance to nie przeszkadzało, stwierdziła autorytatywnie, iż w każdej chwili mi pomoże, i tam takie inne trele-morele mogą być! Ucieszyłam się bardzo, bardzo, bo obiecany dojazd był jej autkiem! Tośmy pojechały, i nazbierały tego i owego grzyba jak należy! Na dodatek, wracając , i będąc prawie przy sośnie, za którą stało Koleżanki autko, w oczy nam wpadło kilka ogromnych brzozaków! 

A teraz, u niej ( bom zadzwoniła i odsłuchałam wiadomości ), i u mnie, już po wszystkim! Część do suszenia, część do zjedzenia, a to co robaczywe ( lata całe nie widziałam takiej inwazji robaczków na grzyby!!!) wyrzucone! Pachnie w całym domku!  Grzybami, of course!!!


gąski szare i żółte poszły do zamrożenia, kurki do krajanek


podgrzybki ( kapelutki na krajankę i do mrożonia, nóżki do suszenia )


Brzozaki - kapelusze do krajanki, nóżki do suszenia


Koźlarze - kapelusze do mrożenia, krajanka z nóżek do suszenia


Dawno tak pięknego muchomora nie widziałam!!!


A to sarniak , u nas nazywany krowie munie! Grzyb chroniony! Dawniej można było zbierać, i pamiętam, iż pewnego Bożonarodzeniowego czasu, gdy przez wiele miesięcy była susza, zadecydowano,  iż ten grzyb można zbierać!  Zasuszone sarniaki zagotowałam i zmieliłam, aby potem przygotować moje sławetne klopsiki!
Nikt się nie skapnął, że ta potrawa jest z grzyba, na który wszyscy psioczą, i mają za nic!
No!
 Darz Bór, moi Mili !!!


czwartek, 7 października 2021

TROCHĘ PRZERWY ( NA ŻYCIE )!

 


No i tak!!! Właśnie tak wyglądała reprezentacyjna część trawnika, gdy wróciłam w swoje pielesze! Pierwszy szok był o wiele mniejszy, bo po powrocie z Augustowa ( w sobotę ), miałam tylko półtora dnia na pranie, suszenie, prasowanie i spakowanie na wycieczkę na Podlasie! Na robienie porządków czasu nie było! No i kopczyków podeptanych przeze mnie było mniej.

Ale po kolejnych pięciu dniach, to już zupełnie wesoło mi nie było! Kopczyków było co najmniej o połowę więcej. I zupełnie na te małe zwierzątka podziemne nie działało piszczenie odstraszacza! Chyba się przyzwyczaiły! A następna ciekawostka taka, że i dwa lata temu, i w ubiegłym roku, siedziały sobie te kreciki na sąsiedniej działce, a u mnie było pusto. Czyżby przegonił je hałas wszystkich maszyn drogowych, które miały naszą ulicę przystosować do współczesności! Bo fakt jest faktem, chyba na wsiach się już takich warunków drogowych nie spotyka - czyli błocko, zapadanie gruntu, albo kurzawka! Wspominałam przecież, że gmina miała zamiar naszą ulicę dostosować do prawie miejskich standardów. Ale się nie udało. Co zaczęli robotę, to kłopot, czyli wybijanie wody ponad przeciętny stan. Walczono długo i namiętnie, w tym czasie ja balowałam na Wschodzie, a gdy wróciłam, to zastałam nie tylko obniżenie poziomu drogi, przez co mam kłopot z wyjeżdżaniem nie tylko rowerem, ale i autkiem. I wszystkie krety z ulicy wystraszono! A gdzie miały najbliżej! Do mnie! Póki co, nie mam na to wszystko pomysłu! Przezimuję! A potem się zobaczy, co z tym fantem zrobić!

W każdym bądź razie, porządki trzeba zrobić, a do tego to ja akuratnie za bardzo wyrywna nie jestem! Niestety! Jakoś ogarnęłam MBD, ale okna? Masakra! Na całe szczęście dostałam namiar na pewną Ukrainkę, która mieszka w tej wsi co ja, zasuwa za niewielkie grosze w prywatnym hotelu, ale chętnie dorabia sprzątaniem i myciem okien! No cóż! Ryzyk-fizyk pomyślałam sobie, i ....... ło matko pojedyncza! Tak wypucowanych okien z futrynami i kasetonami na żaluzje zewnętrzne, chyba nigdy nie miałam! Moje nóżęta podskakują z radości, bo nie muszą z bólami nacierać na drabinki!  Koszt? Jak dla mnie do przyjęcia! No i jak piękny jest świat przez te przeczyste szyby!!!

A teraz zabieram się za sortowanie zdjęć z wycieczki na Podlasie! Mam nadzieję, że  o tym rejonie opowiem Wam już w najbliższy poniedziałek! A jutro jadę nad Strugę siedmiu Jezior, sprawdzić czy są grzyby, bo dwa dni nareszcie u nas padało! Pojutrze zaś Urodziny Zięcia - będziemy się gościć!

Dobrego weekendu!


poniedziałek, 12 października 2020

ŻEBY MI SIĘ TAK CHCIAŁO.....

 ....... jak mi się nie chce!!!! :-((((

Jakoś nie mogę się pozbierać po sanatoryjnym wyjeździe. Dni mi przelatują przez palce, dzień, noc, dzień, noc, i tak w kółko Macieju! Każdego wieczora zastanawiam się, co ja takiego przez cały dzionek, prócz czytania robiłam ( skończyłam trylogię Folleta i wróciłam do Cherezińskiej), i nijak nie mogę sobie przypomnieć. Albo to galopująca skleroza, albo  tumiwisizm totalny! 

Całe szczęście, że apetytu nie straciłam, bo to akurat u mnie wszystko w porządku, i bez obiadu dzień byłby stracony! Zatem dochodzę do wniosku, że chyba na zakupy jakieś się wybierałam. Fakt! Ale teraz z nowymi restrykcjami to już chyba zostanę na miejscu, gdzie tylko dwa sklepiki spożywcze, jedna cukiernia i jeden mięsny, a w nich więcej jak dwie osoby nie mogą być, bo wyproszą za  próg, no i bez maseczki nie obsłużą! Ludziska nie komentują , grzecznie czekają, bo to pewnie jedyna okazja do pogadania z sąsiadami lub znajomymi. A tak, to wieś jak wymarła wygląda. Jedynie w ostatnia sobotę parę spacerowiczów widziałam. No i wodniacy na potęgę sprzęt z wody wyjmują i do hangarów na zimowe spanie przenoszą!

A,a,a! Przypomniało mi się! Dwa razy na grzybach byłam! Ale to porażka raczej była, niż zbiór porządny! O wiele ciekawiej w dodatkach! :-)))))



Na działce już też prawie wszystko zrobione. Synek-Muminek ostrzygł żywopłot, ja odpaliłam aerator-wertykulator, i na tym koniec na ten rok. No, może jeszcze trawę skoszę, jak mi się będzie chciało. Ale przecież mi się nie chce!

Na jeziorze spokój, wczoraj chyba ostatnie regaty młodzieżówki były.



O stworzonka różne pchają się do domku




No, i aby było ciekawiej, to nasz szpitalny oddział reha raczył mnie uprzejmie zawiadomić, że jest miejsce na zabiegi, które odwołano w czerwcu! I za tydzień rozpoczynam dwutygodniówkę! Oj, będzie ciekawie! Strach się bać! Tylko jak rezygnować, skoro moje kolanka tego potrzebują, no jak?

czwartek, 26 września 2019

Nie mogłam się powstrzymać!!!



Własnoręcznie zebrane, oczyszczone i posegregowane według rodzajów. Od góry po lewej : podgrzybki, potem brzozaki, poniżej na lewo kilka dawno niewidzianych miodówek i niewielka ilość maślaków, na dole po lewej koźlarze a obok królowie borów wszelakich - prawdziwki.
Już posuszone, pomrożone, posmażone i niektóre zjedzone! A co się będę powściągać! ;-)))))
Daż Bór Kochani!

O nóżęta proszę nie pytać! Jakoś dają radę, chociaż trzeba co jakiś czas układać je w poziom, co niniejszym czynię! ;-)))

Jutro pewnie na same podgrzybki pojadę z sąsiadem. O ile oczywiście, nie będzie padać! ;-)))

EDIT


A dzisiaj wystarczyła jedna godzina w lesie, aby napełnić własny koszyk, i potem dołożyć grzybów do torby Sąsiada, z którym pojechałam na nasze miejsce. Sąsiad się śmiał, że tańcowałam, bo faktycznie, wysyp podgrzybków był niewiarygodny, a ja póki co nie mam problemów z patrzałkami. 
Suszu grzybowego mam dość, ale Córka-Wiewiórka sprzedała mi przepis na "grzyby po grecku", który to przepis w jej nowym miejscu pracy robi furorę! Pracochłonne to było, ale mam i jutro posmakuję, co to za małmazja!