czwartek, 9 kwietnia 2020

ŻYCZENIA NA WIELKANOC !!!

Rzeżusze -watki, owcom - baranków,
Pietruszce - natki, Skowronkom - ranków,
Pisankom - pasków, pisklętom pisków,
Zającom - lasków, indeksom - zysków,
Marzannom - zgonu, jajkom - świeżości,
Baziom - wazonu, 
A nam Radości!
I ZDROWIA!





Na Wielkanoc życzę Wam – czasu na zadumę, spokoju i obecności tych, którzy są dla Was najważniejsi. Życzę Wam dobrych chwil przy świątecznym, stole, nadziei w sercu i wiosny (także za oknem), która rozwieje smutki, przyniesie optymizm i siłę na następne miesiące.

Świąt zielonych od nadziei, która nawet gdy umiera, to rodzi się na nowo. Zawsze. Co roku! Alleluja!

wtorek, 7 kwietnia 2020

POWOLUTKU, POMALUTKU!

Od połowy stycznie prawie zabrałam się do dziergotek wielkanocnych. Nie spiesząc się bynajmniej wcale, bo wolniutko przybywały, znaczy się - po jednemu! W międzyczasie zawsze coś tam innego wpadło w rękę lub do zrobienia!  Wpierw szykowałam wszystko na kartki, których w tym roku zdążyłam wysłać 26. Z tego 13 za granicę, z których zwrot był tylko z Irlandii, gdyż pieczątka na kopercie zawiadamiała, że odwołano loty. Kilka, najbardziej roboczo trudnych  już nie zdążyłam, bo koronowirus i nie wiadomo, co na poczcie się może zdarzyć. To zabrałam się za produkcję dla Progenitury. Też wolniutko! Ale już przedwczorajszą niedzielę miałam całkowicie wolną. No!
A to przykłady moich wypocin! ;-)))





Mam komfort w spacerowaniu, którego póki co nasza "władzuchna " jeszcze nie zakazała.  Mieszkam  niedaleko nadjeziornej promenady, która po mniej więcej pięciuset metrach się kończy. Jeszcze w ubiegłym tygodniu chodziłam sobie wieczorami, ale w tym uznałam, że skoro ludzi nie widać, to mogę w biały dzień też.





Pierwsze, co mi sie rzuciło w oczy, to świeżo zcięte drzewo. Komuś chyba sie to nie spodobało, mnie zresztą też nie, bo widać, że było zdrowe. Ludzie naprawdę nie mają rozumu! Przyjeżdżają tylko  na 3-4 miesiące w roku, i muszą wszystko mieć na "patelni"! 
A dzisiaj podreptałam na sam koniec promenady i nacięłam gałązek wierzbowych i jeszcze trochę nierozkwitłych baziek, które rosły sobie w cieniu.
I mam już dekorację przy wejściu!



I trochę okiennie zaszalałam. Tylko cztery, najmniejsze wyczyściłam. Nie lubię się przemęczać, to trzy największe zostawiam sobie na jutro. A potem cała robota na Święta, to ogarnąć domek i zrobić mazurek, aby Progenitura też mogła skosztować. Świętować będziemy skypowo! Muszę tylko jeszcze sprawdzić, czy mój skype działa, bo już dawno nie używany był!

Trzymajcie się Wszyscy! Zwłaszcza w Zdrowiu!

czwartek, 2 kwietnia 2020

JAK SIĘ NIE NAROBIĆ?

Lenistwo mnie ogarnęło względem pitraszenia!
Najlepiej żyłabym na samych zupach, ale...... czasami chciałoby się coś takiego sobie przygotować, aby jednocześnie długo w kuchni nie siedzieć!
Dlatego kupuję ciasto francuskie, którego kilka sztuk mam zawsze w lodówce i zamrażalniku!
Uwielbiam z tego ciasta roladę szpinakową, i różne pierożki z farszami, jakie tylko wpadna. do głowy! Zresztą możliwości jest całe mnóstwo.
U mnie pierwsze skrzypce graja pizzerinki. Tak to nazwałam, bo tak mi pasowało. Pracy 10 minut, 25-30 minut w piekarniku, i już gotowe! Na słono przede wszystkim, ale na słodko też, jak najbardziej!
Moja Progenitura za tym przepadała zawsze, kilku  Koleżankom z mniejszymi Wnukami też sprzedałam ten pomysł, i wszyscy byli zadowoleni!
Należy zatem kupić takie ciasto w jakimkolwiek markiecie. Potem wyjąć z celofanu i pergaminu, oraz rozłożyć na blacie stołu lub stolnicy. Z każdego płatu wychodzi 6 sztuk pizzerinek!
A robię to tak: teraz będzie lekcja poglądowa! ;-)))))

1. Płat ciasta pokroić na 6 kwadratów. Każdy kwadrat ponacinać na przeciwległych brzegach jak niżej



2.  Przełożyć nacięte odcinki z lewa na prawo 


3. Tak samo przełożyć nacięcia z prawa na lewo, aby uzyskać kształt, jak poniżej



4. Środek każdej pizzerinki ponakłuwać widelcem


5. Na każdą część nakłutą położyć to, na co ma się ochotę. Ja dałam plasterek kiełbasy krakowskiej, a na to pomidorek koktailowy


6. Rozbełtać w małej miseczce jajko, i każdy brzeg nim posmarować


Wszystko umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia


7. Na kawałki  z kiełbaską i pomidorkiem, położyłam plasterek serka hochland, a na  pozostałe - parę plasterków mango, które mi zostało ze śniadania


8. Piec w pikarniku nagrzanym do 180 st.C przez 25-30 min. Blacha powinna byc na najniższym poziomie, jeśli jest ser. Bo lubi się przypalać!


 9. Wersja pikanta jest z keczupem


10. Wersja na słodko jest posypana cukrem pudrem ! W tym wydaniu przetestowałam wszystkie chyba owoce. Każde sie nadają!



SMACZNEGO!

piątek, 27 marca 2020

TRWANIE

Przemeblowało się nam życie ! Przenicowało zupełnie to, co zazwyczaj było normą, a teraz.....? Strach się bać każdego kolejnego dnia, bo zupełnie nie wiadomo, co przyniesie!
Całe szczęście, że już mam niezły bagaż lat za sobą, to i ogląd tego co się dzieje przez koronowirusa, zupełnie inny pewnie jest, niż u młodych ludzi. A młodzi nie zdają chyba sobie sprawy, jak to teraz wszystko jest na poważnie! Wystarczy spojrzeć popołudniami na te tabuny roześmianych twarzy, które pewnie po niejednym piwku nawet są! Zero refleksji. Jest zabawa, to się bawimy! Oby szybko otrzeźwieli!
 Na zakupy jadę raz, góra dwa razy w tygodniu! U nas , na wsi jakoś ludzie nie do końca przekonani do wymogów, bo dopiero od paru dni pilnują się co do odstępów między sobą. U rzeźnika kolejka była normalna, jak za dawnych czasów! Zwiałam w podskokach!!! W spożywczaku ludź na ludziu! W nieodległym mieście , każdy pilnuje zasad, nie wchodzi na "chama" do maleńkiego sklepu, a w marketach pilnuje się odstępów. Dziwny jest tylko nakaz w Kaufie, ochroniarz nakazuje brać wózek!

Na spacerki chodzę! Rano, raniusieńko, jak to w piosence dawnej o Dorotce, co harcowała i nocą, i w południe, i ranna rosą! Tą rosę to ja będę miała na mym skrawku ziemi dopiero, gdy się ciut ociepli, i wtedy spokojnie będę mogła po niej harcować. Póki co, podglądam kaczki, bo łabędzie gdzieś się wyprowadziły, a reszta biało-szarego ptactwa wydziera dzioby na środku jeziora. Pewnie tam najwiecej narybku i można ogłaszać radość  - tyle dobra do konsumpcji !



Po naszej stronie promenady dużo się dzieje! Kontynuowane są prace nad budową pirsów, czy czegoś takiego, co w ostatecznym rozrachunku nazywa się pomostem technicznym. Domyślam się, że chodzi o to, aby w czasie silnych wiatrów północnych, wyhamować ich impet, który prowadzi do uszczuplania nabrzeży!



Powyżej  początek  pracy, niżej najważniejsza część skończona, a jeszcze niżej - efekt!

Ciut kulinariów w moim wydaniu! Bo pochwalić się muszę, że od września ubiegłego roku, do teraz, straciłam prawie 6 kg. Bez wielkich wyrzeczeń! Myślicie, że to mało? Według mnie to sukces, bo wiek mam słuszny, tendencje do tycia, a teraz .....namówiła mnie Córka-Wiewiórka, i efekty są!
Prawie zrezygnowałam z mięsa, wędliny jadam od"wielkiego dzwonu", chleb dwa, no może trzy razy w tygodniu, naprzemiennie na śniadanie lub kolacje. Generalnie , to dużo nie musiałam zmieniać, bo na ten przykład, śniadania to prawie zawsze owsianka z owocami i jogurtem naturalnym, na zmianę z twarożkiem okraszonym pomidorkami koktajlowymi, rzodkiewka i bazylią. W sobotę jajko na miękko, w niedzielę jajówa z dwóch białek i jednego żółtka,a do tego full wypas - trzy plasterki boczku! :-)))). Obiady to przede wszystkim zupy, zupy, zupy, a także  warzywa w każdej postaci.  Czasem kurze cycki grilowane na patelni w otoczce papirusowej.Wykładam toto na sałatę, na której wcześniej wyladowały kawałeczki papryki, ogórka, pomidora, a potem skrapiam własnoręcznie robionym winegretem!


Kolacja to zazwyczaj sałatka z surowych, drobno pokrojonych warzyw, z odrobiną soli i pieprzu, polanych olejem rzepakowym,i odrobina soku z cytryny lub octu balsamicznego! A raz w tygodniu, moja ulubiona salatka Caprese! Jak poniżej!


Mam jednak pewien problem, a mianowicie ten, że nawet gdy kupuję niewielkie ilości innych smakowitości, jak ta pokazana ponieżej pasta z bakłażana, nie znalazłam sposobu na to, by zminimalizować straty.


Nawet tak minimalna ilość, dla mnie samej jest ogromna. Jak pisałam, rano chleba nie jem, czasem, 2-3 razy na tydzień, a taka pasta niby ma długi okres trwałości, ale bardzo często mi pleśnieje. Mam "przysłowiowego mola" na tym pukcie, nawet parę włosków pleśni jest powodem, by wyrzucić całą zawartość słoiczka!
Macie jakieś sposoby na takie marnotrawstwo?

Dla Wszystkich - moc ciepłych mysli i życzenia, byście byli Silni! Bo tak teraz trzeba!


poniedziałek, 16 marca 2020

PUŚCIŁO !!!


Prawie półtora tygodnia mnie trzymało wielkie wkurzenie! Oby nie powiedzieć nawet dosadniej!!! Oszczędzę zatem mało parlamentarnych wyrażeń tutaj, ale co narzucałam różnych "jaśnistych z ogonkiem", to moje!
A wszystko przez Dziecko Starsze, które sobie z Małżem poleciało do Anglii, w sam środek prawie wirusowego królestwa!!!! Nijak nie szło ich odwieść od tego zamiaru, chociaż widzieli się z psiapsiółką w Sylwestra! Najważniejsze, że jadą za śmiesznie małe pieniądze! No wziąć i natrzaskać na gołą, nie patrząc, że dorośli!!! I aby jeszcze było śmieszniej, zostawili na miejscu starszą wnuczkę, która akuratnie leżała mocno zaziębiona. Całe szczęście, że o 5 domów dalej mieszka druga Babcia, bo zupełnie nie wiem, czym by to się skończyło!
Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że jak wracali w piątek rano z Bristolu, to owszem, na lotnisku w Gdańsku zmierzono im temperaturę, wypełnili kartę pobytu i puszczono ich bez nic do domu. Mieli chyba więcej szczęście, niż rozumu, bo przecież już od soboty zaczęły się większe obostrzenia.
Te 8 dni, gdy zwiedzali sobie beztrosko Kornwalię, było tak dla mnie stresujące, że brak słów. Nic nie miałam siły robić, nie chciało mi się, tylko siedziałam w telewizorni i śledziłam doniesienia, co, gdzie i jak z tym koronowirusem jest!
Radośnie zakomunikowało mi Dziecko Starsze w piątek po południu, że są cali i zdrowi, i że spotkamy się, ale kiedy indziej, bo Ona musi zrobić sobie zapasy, zorientować się, na jaką zmianę iść do pracy, a tak w ogóle, to lepiej abyśmy ograniczyły kontakty. Całe szczęście, że sama na to wpadła, bo miałam tego samego zażądać.
Dzisiaj rano zadzwoniła, że jednak ma iść do lekarza po zwolnienie, bo do pracy jej nie dopuszczono. I wielce była zdegustowana, że zajęło to jej kilka godzin, gdyż chodziła od "Annasza do Kajfasza", bo doktorka nie miała podstaw, ZUS zamkniety, Sanepid też, dodzwonic się tam nie szło. W końcu wyprosiła od doktorki zwolnienie na cokolwiek, które dostała! Słów na to wszystko brakuje też. Zięciu  pracuje jako "wolny elektron" i sam sobie sterem, żeglarzem, pracownikiem i dyektorem!
No i aby było jeszcze śmieszniej, to Dziecko Młodsze, z potężnym katarem, który ma od jesieni, też chodzi do pracy.
Całe szczęście, że wcześnie dość zrobiłam sobie całkiem przyzwoite zapasy. Tylko o jednym zapomniałam, a mianowicie o drożdżach, które wymieciono dokumentnie! Za to uradowałam się wielce, gdy w trakcie porządków łazienkowych znalazłam jeszcze ważne opakowanie Octeniseptu! Wprawdzie mam zrobiony płyn odkażający ze spirytusu, ale od przybytku głowa nie boli! ;-))))
Siedzę sobie w domeczku, a to kuknę w telewizor, a to poczytam, a to zagram w mahjonga, a to popitraszę. Kartki świąteczne, swoim zwyczajem  ( w latach ubiegłych zawsze na miesiąc przed  )wysłałam w połowie ubiegłego tygodnia. Przyznaję się bez bicia, że to nieprzemyślane było, bo mogłam później zrobić to majlowo, zatem gdyby co, to dajcie tylko znać czy doszły, na co gwarancji w obecnej sytuacji nie ma żadnej, i nie rewanżujcie się tym samym, bo jest jak jest!
Ścibolę jednak dalej, bo czymś ręce zająć trzeba. Bibliotekę zamknęli też, a nie wiem, czy sąsiadka będzie skłonna udostępnić książki ze swego dość obfitego zbioru. Wprawdzie ma tylko kryminały i thirllery, ale nie ma co wybrzydzać. Żałuję tylko, że jednak nie kupiłam swego czasu czytnika ebookowego! Byłby jak znalazł!
Za to spacerować można u nas dowoli, zwłaszcza po nadjeziornej promenadzie. Ja to robię albo raniutko, albo wieczorem - zero ludzi, cisza, spokój, jakby wszystko zamarło i poleciało w kosmos!


Trzymajcie się moi Mili, niech żaden wirus Was się nie ima! I uważajcie na siebie! Macham!!!

wtorek, 3 marca 2020

70



Dzisiaj mi stuknęła siedemdziesiątka!!!
Jak tak sobie pomyślę, to dziesięć lat temu też było z górki! A ta górka to coraz bardziej stroma się robi, a do tego im bardziej stroma, to coraz szybciej przed oczyma przetacza się upływający czas! Wprawdzie kiedyś na biegówkach zimą posuwałam, z rozrzewnieniem teraz o tym wspominając, ale zjazdy? Nie , to nie moja działka! Pozostaję w złudzeniu, że zgodnie z prawami fizyki, które kiedyś poznałam, czas jest linearny, ciągły i jednostajny!
Jak myślicie, co się zdarzyło przez te siedemdziesiąt lat???
Kadr co dekadę zatem!!! Ze wstępem of course !!!

Rok 1950 - ciut później
 Kilka reminiscencji z wczesnego dzieciństwa, które pamiętam do dzisiaj! Nawet uczeni twierdzą, że małe dziecko potrafi zapamiętać czasem bardzo wiele! A ja pamiętam, jak siedziałam na naczyniu blaszanym, czyli nocniku, mając przy sobie pokaźną górkę książeczek, które powolutku oglądałam, i zupełnie mnie nie obchodziło, że moi dwaj Bracia swoje tylko niszczą!  Pamiętam też nasz dom na wsi, w ogrodzeniu wielgaśnym, które to stanowiło obręb prewentorium, zagubionym wśród pól i lasów, niezbyt daleko Starogardu gdańskiego! Ten dom to była nasza ostoja i wydawałoby się, że będzie wieczna!  Pamiętam, jak średni Brat się topił w pobliskim stawie, i gdy go wyciągnięto, i dochodził do siebie w domu, po odzyskaniu przytomności krzyczał:  ja nie umarłem”! Pamiętam pierwszą komunię i zdjęcie z niej, gdy na pierwszym planie wyciągam rękę, aby pochwalić się zegarkiem! I zabawy w sianie pamiętam, gdy odwiedzałam moją serdeczną koleżankę, której ojciec był dyrektorem gorzelni.

Rok  1960
Wpierw naszym  miejscem  na ziemi było Prewentorium. Chodziłam  do I-szej klasy z dziećmi, które przyjeżdżały z całego kraju. Uwielbiałam filmy , ale też bałam się niektórych scen. Nie tylko ja jedna, bo kiedyś razem z kilkoma koleżankami spadłyśmy z krzeseł, bo filmowy pociąg jechał wprost na nas! Niestety, zlikwidowano Prewentorium, a na tym miejscu powstał zakład wychowawczy dla trudnej młodzieży!  Jeden z chłopaków rzucił w mego średniego Brata żużlem, tuż nad ustami, i tylko dzięki natychmiastowej pomocy w pobliskim Pelplinie, nie ma On „zajęczej wargi”. A trochę wcześniej, gdy zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej w Smętowie, zaczął mnie w pewnym momencie napastować jeden z najgorszych chyba „pensjonariuszy” – Zygi. Dzięki Tacie, który co dzień mnie po pierwszym incydencie , odprowadzał do szkoły, jakoś udało się przetrwać do przeprowadzki, którą Rodzice zorganizowali w trosce o nasze bezpieczeństwo!
Te lata to także pierwsze audycje telewizyjne, których nam nie wolno było oglądać. Za to często jeździliśmy do dziadków w Tucholi, a tam zawsze grał tzw. kukuryźnik, którym to bardzo się fascynowaliśmy, bo jak to jest, że z takiej skrzyneczki słychać głosy i muzykę!
Na nowym miejscu, w Radziejowie na Kujawach, nie zagrzaliśmy długo miejsca. Tata został powiatowym inspektorem oświaty. Mama była bibliotekarką. Mieszkaliśmy w bloku, a ja po szkole opiekowałam się w większości najmłodszym Bratem, który urodził się, gdy miałam 8 lat. Wtedy nauczyłam się zimą jeździć na biegówkach. I pamiętam braki w zapasach, bo wszyscy na wojnę się szykowali, gdy wybuchł konflikt w Zatoce Świń! Potem Starszy i Młodszy poszli  razem do Komunii u Wujka księdza- brata mej Mamy. Ale obiad był u nas! No i ktoś doniósł do Inspektoratu! Pakowaliśmy zatem walizy i przeprowadziliśmy się do Kcyni, gdzie mieszkali Rodzice Mamusi.  Tato miał zostać dyrektorem zakładu Wychowawczego, ale po dwóch tygodniach nas odwołano, i przeprowadziliśmy się do Łasina, bo był wakat dyrektora nowej 1000-latki! Tata się w tym nieźle odnalazł, ale Mamusia była nieszczęśliwa, bo musiała nauczać w młodszych klasach zajęcia techniczne, o których bladego pojęcia nie miała, bo przecież według babci Marii – była do wyższych celów stworzona !Dopiero później dostała etat w szkole specjalnej, a my pomagaliśmy w wykonywaniu pomocy naukowych . Ja zdążyłam skończyć podstawówkę i podjęłam naukę w Grajdołku, w technikum chemicznym, na wydziale analiza chemiczna. Zaczęłam palić papierosy! Po  5-ciu latach szkoły, wylądowałam w mieście będącym „Bramą Kaszub i Pomorza! Zaczęłam swoją pierwszą pracę, jako technik analityk, w laboratorium zakładów mięsnych.

Rok 1970
Pierwsza Wigilia, na którą jechałam do Rodziców. Wydarzenia grudniowe, ale przedtem Gomułka na szczycie i Gomułka pikujący w dół. I Gierek ze słynnym: „Pomożecie? – Pomożemy!” Zakochałam się! W moim przyszłym mężu, ale po jakimś czasie coś nie „stykło”. Powód był prosty: On piłkarz, ciągle trenujący, wyjeżdżający na zgrupowania. I Jego kumple. Nie pasowało im to! Przerwa była pół roku, a przedtem pierwsza mu powiedziałam, że kocham, i… że może wrócić! Wrócił! I już byliśmy razem, planując wspólna przyszłość. Pomaga mój Tata. Zakłada hodowlę jedwabników, której z doskoku doglądamy. Dzięki temu mamy pieniądze na Ślub, i na umeblowanie naszego sublokatorskiego mieszkanka. Po półtora roku rodzi się Córka, za kolejne dwa lata - Syn! I dostajemy z firmy Ślubnego  własne mieszkanie – całe M-5!  Mała stabilizacja, więc próbuję na UMK studiować biologię. Musiałam sama przerobić cały materiał ogólniaka. Niestety, pierwsze podejście nieudane. Ale za drugim razem już tak, i zaczęło się. Moje wyjazdy, nauka pomiędzy chorobami Dzieci, Ślubny rezygnuje z piłkarstwa! W międzyczasie kolejne zmiany pracy, bo rozbudowa zakładów mięsnych. Najpierw organizowanie cynkowni w  Sp.nwalidów, potem konkurs na szefa pralni chemicznej, który wygrywam. 

Rok 1980
Sześć lat! Tyle mi zajęły studia, bo w międzyczasie była przerwa -nie mogłam dogadać się z prof. od Mikrobiologii! Zrobiłam magisterkę z Biochemii, jako pierwsza zaoczna studentka. Nic mi po tym, bo nigdy nie dostałam pracy, która choćby ocierała się o tą dziedzinę, ale co mogę się chwalić to moje! Udaje nam się kupić działkę ogródkową, Ślubny spełnia się w jej urządzaniu, ja z lubością pielę, grabię, sieję, urządzam, a potem zbieram i zasilam piwnicę w przetwory. Dzieci po kolei idą  do podstawówki. Gdyby nie działka, nie byłoby sutych Komunii. Hodujemy kury, mamy własne jaja i mięso. Nawet nauczyłam się sprawiać drób z piór!!! A krótko potem udaje nam się odkupić dzierżawę, od wujka mego Ślubnego! Nad jeziorem, niedaleko miasta! Zaczynamy ją zagospodarowywać, a więc na plan pierwszy idzie budowa letniskowego domku. Drewnianego, na inny nas nie stać! Dzieciarnia się cieszy! My też! Na Wybrzeżu strajki! Potem stan wojenny! Do lamusa odchodzi stary świat. Próbujemy znaleźć się w nowym. Nie zawsze wychodzi, zwłaszcza mi. Pod koniec dekady wali się mój świat. Likwidują pralnię. Jestem bezrobotną z nr.63 ! Na szczęście w firmie  Ślubnego nabierają wiatru w żagle! Ale czym ja się nie parałam. Od prasowania, mycia okien, pracy na plantacji truskawek lub przy wykopkach. Prawie już decyduję się na nauczycielstwo. Tato popłakał się ze szczęścia, a ja na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego zrezygnowałam. Udało się w normalnym zakładzie. Zostałam kadrową.  A w polityce - Kania za Gierka!

Rok 1990
Przeprowadzamy się na inną działkę. Już własnościową. Dotychczasowa idzie w ramach nowego zagospodarowania  do komasacji! Domku niestety nie idzie przenieść! Ślubny zrezygnowany! Na szczęście Synek i Zięć obiecują wydatną pomoc! Udało się ! Znowu domek drewniany, ale większy,  z toaletą  i prysznicem! Co jakiś czas zmieniam pracę. Teraz już tylko w firmach prywatnych. W tartaku prowadzę płace i kadry. Dojeżdżam maluchem do Bydgoszczy – jestem jedną z setek przedstawicieli Polskich książek telefonicznych, prowadzę sklep zielarski! Wszyscy się uczymy nowego. Kapitalizm! Pierwszy zawał Ślubnego! Kilka miesięcy walki! Udało się! Wzorem Ślubnego, przestaję palić! I jestem z tego bardzo dumna, bo moja walka trwała prawie dwa lata! Dostaję pracę w dużym centrum ogrodniczym, i przy tym są też dwa bary! Praktycznie nie wychodzę z pracy. Z Rodziną widuję się wieczorami i w rzadkie weekendy. Córka wychodzi za mąż, pożyczam pieniądze na jej ślub od Taty. Rodzi się Wnuk! Syn kończy technikum informatyczne i dostaje się na Polibudę w Szczecinie, na optoelektronikę! Jesteśmy tacy dumni! U Córki rodzi się Starsza Wnuczka!
W  Moskwie pojawia się pierwszy McDonald`s. Kończy się historia PZPR - Mieczysław Rakowski wyprowadza sztandar. Pojawia się Balcerowicz. Na Prezydenta  - Wałęsa!  A po nim – Kwaśniewski!

Rok 2000
Synek wraca na tarczy ze Szczecina. Ślubny załatwia mu pracę w swojej firmie. Mieszkają u nas. Nie jest lekko, a już zupełnie nie, gdy rodzi się Najnajmłodsza . Po dwóch latach wyprowadzają się na swoje, przy naszej wydatnej pomocy! Oddychamy! Po raz pierwszy jadę na zagraniczną wycieczkę, do Grecji! Bosko!  Idę na wcześniejszą emeryturę! Trudno, nie da się inaczej! Zawsze , przynajmniej u nas, na czarno idzie więcej dorobić, niż normalnie! Przemyśliwamy nad remontem mieszkania. Odsetki w bankach jednak  skutecznie odstraszają. Co rusz zmieniam zajęcie, ważne, aby grosz do grosz składać na remont. Moja Koleżanka namawia mnie na pracę w Niemczech. Udało jej się, i pojechałam, bez znajomości  języka prawie, bo co to jest opanowane 20 słów! Nasze życie zatem zmienia się diametralnie, ale przynajmniej po jakimś czasie Ślubny bierze się za remont mieszkania i po trzech latach kończy, z pełnym sukcesem! Nie ma to, jak własna, domowa „złota rączka”!

Rok 2010
W wyniku restrukturyzacji firmy, Ślubny idzie na emeryturę! Trochę to trwało, ale w końcu też, daje się przekonać do budowy naszego własnego domu! Stanęło na tym, że On tylko dogląda, ja nadal zarabiam w Niemczech! Wprowadziliśmy się do naszego Małego Białego Domku na wiosnę 2014r. Po drodze jeszcze zdążyliśmy pojechać do Italii, na naszą 40 rocznicę Ślubu. Byliśmy szczęśliwi, jakbyśmy Pana Boga złapali za nogi!!! Dzieci ustabilizowane, Wnuki się kształcą i powoli wyfruwają z gniazd, nasze obie emerytury dają godne życie, planujemy zwiedzać nie tylko zagranicę, ale przede wszystkim  Kraj! Zdążyliśmy jeszcze pojechać do Szklarskiej Poręby i okolic, a także do Hiszpanii, gdzie najważniejszym punktem dla Ślubnego było zwiedzenie stadionu Barcelony!  Ale widocznie było za dobrze. Wpierw pierwsze ostrzeżenie, i  ciężkie zapalenia płuc, potem ogromna niewydolność serca.  W listopadzie 2017r.,po pół roku walki Ślubny odchodzi do Lepszego Świata !
Zostaję sama.

Rok 2020
Siedemdziesiątka! Może to czas, aby sporządzić życiowy bilans?
Jeden Mąż, dwoje Dzieci, jeden Wnuk, dwie Wnuczki, żadnych złamań kończyn, 3 szkoły, do których uczęszczałam, wcześniej – pewnie z 4 lub 5 popełnianych regularnie grzechów głównych, jedno mieszkanie i jeden dom, w którym mieszkam już „na stałe”, kilkanaście gatunków obserwowanych ptaków, kilkaset butelek wina, około 300 000 wypalonych papierosów, 25 550 świtów i tyleż zmierzchów!
I to by, na razie, było na tyle. Jak mówią mądrzy uczeni: ”Życie łatwe nie jest”, i pewnie mogłam więcej, a może i mniej! Coś tam zrobiłam, czegoś pewnie nie! Ale w sumie jednak, przez te siedemdziesiąt lat polubiłam ten nasz, nie zawsze doskonały Świat!

P.S.
Mój Tato miał niezłą idee fixe: chciał aby jego dzieci miały imiona z dnia narodzin. Z trójka mych młodszych braci, to sie idealnie udało. Akurat im trafiły się imiona normalne. Ze mną był problem! I dziękuję opatrzności, że Mama poszła w zaparte i nie zgodziła się na zrealizowanie tatowego pomysłu wobec mnie! No bo jakby do mnie mówiono? Kundzia!?!

środa, 26 lutego 2020

PLANOWANIE CZASEM SIĘ UDAJE!

Ciężki tydzień był!
Pierwsze primo - rodzinny spęd z okazji moich przyszłych urodzin. Do nich akurat jeszcze trochę jest, ale ja wolny elektron jestem, co niekoniecznie można powiedzieć o Rodzince. Pracują, zajęci są, nie to co ja! A ponieważ mam ostatnio spowolnione ruchy, z racji nożnych przypadłości, to trochę trwało zanim zaplanowałam ,kupiłam co trzeba, upiekłam, usmażyłam, i.... mogłam przyjmować! Prezentów sobie nie życzyłam, bo po co, jedynie każdy mógł przynieść wino! Wyłamała się tylko Bratowa, bo Ona niepijąca od pół wieku, ale co tam, srebrna bransoletka apartowa jak najbardziej była, bo akurat to lubię!
Udało się wszystko, smakowało wszysko, jedynie zamówiony tort szwardzwaldzki był zbyt śmietanowy, no ale nie będziemy się drobnostkami martwić. Bo wiśnie były super! Córka-Wiewiórka doniosła oryginalny szampiter belgijski- toaścik zatem się spełniło, i oby wszystko się sprawdziło!


Niedziela tylko była do odpoczynku, a już następnego dnia jechałam z sąsiadką do Gdańska. Za osobę towarzyszącą robiłam, i operatora dżipiesowej trasy komórkowej, na czym się akuratnie moja sąsiadka w zupełności nie zna! Tak sobie jeżdzimy co dwa tygodnie, w drodze powrotnej zaliczamy jakieś jedzonko, gadamy o tym i owym, i jest ok! Dla mnie rozrywka i gadanina , czego na co dzień nie mam!
Wczoraj wizyta u ortopedy. Zastrzyk w kolanko lewe dany, obietnica prawie na 100 % artroskopii w marcu ( co "prawie" robi różnicę, ale ja tam wyrywna do awantur nie jestem ).
Rano obudziłam się bez bólu, słoneczko grzało, chmurek nie było, na termometrze 10 stopni, to co będę w łożu siedzieć. Na krzewach ogrodowych fura rozpierających się pąków, czas najwyższy zrobić cięcia wiosenne. Synek-Muminek miał wprawdzie przyjechać po południu, po pracy, ale przeciez mogę zacząć. Czas się uczyć! To wzięłam odpowiedni sekator i dawaj w te krzewy. Klona przycięłam do co najmniej 0,5 metra nad moją głową. Niech resztę zrobi Synek. Potem zajęłam się forsycją, która z jednej strony za bardzo uciekała w bok, tom ten boczek przycięła! Została kalina. Zaczęłam przycinać od dołu, ale juz po kilku ruchach poczułam taki ból w nadgarstku, że ło matko pojedyncza, .... i koniec roboty! Boli jak nie wiem co, nawet szklanki herbaty nie moge przenieść, no, taka ze mnie pracowniczka!
Synek dokończył, a mnie zostało sprzątnięcie tego bałagany. Poczekam jednak do czasu, gdy ręka nie będzie bolała!
A najbardziej mi się podoba ponowne kwitnienie grudnika! Tylko 3 miesiące od ostatniego! Nieprawdopodobne!


No, łapka boli, czas kończyć te wynurzenia! Serdecznie pozdrawiam wszystkich i prosze o cierpliwość, bo pewnie trochę potrwa zanim bedę normalnie władać prawą kończyną górną!

czwartek, 20 lutego 2020

MUSZĘ, BO SIĘ UDUSZE!!!

Piszę tu prawie od roku, i pewnie wszyscy, którzy mnie odwiedzają, wiedzą, że nie piszę o polityce! Nawet się nie odnoszę do tego, co w niej piszczy, bo to na moją głowie nie jest!
Akuratnie mam na niej całkiem spore spotkanie rodzinne,  związane z pewną rocznicą, o której będzie za niedługo!
Ale! Nie przepuszczę okazji, aby pójść na spotkanie wyborcze z Kandydatką na Prezydenta, prawda? Skoro nasza Szefowa Stowarzyszenia zapewnia, że dla tych, co przyjdą, załatwi miejsca siedzące!
Jak nie skorzystać??? Tym bardziej, że w ciągu mego całkiem długiego życia, nigdy  mi się taka gratka nie trafiła!
Tak się nakręciłam, że pojechałam do miasta na półtorej godziny przed! I .... siadłam sobie na krzesełku w przedpokojach, pan Ochroniarz nie oponował, wyjęłam ubiegłotygodniową Politykę, ... i oddałam się lekturze!
Na pół godziny przed, zaczęło ludzi przybywać, zatem przemieściłam się do sali głównej. Zajęłam miejsce w drugim rzędzie, na skraju przejścia miedzy sektorami!
Pani Marszałek zjawiła się punktualnie, co jest naprawdę do podziwu, gdyż przed nami miała jeszcze dwa spotkania wyborcze w sąsiednich miasteczkach! Przywitała Ją orkiestra Kaszubska!
Krótki wstęp: najpierw Szefa Kampanii, potem Pani Marszałek, i...... zaczęło się prawie dwie godziny dyskusji z ludźmi, którzy też na Nią czekali!
Chodziła sobie Kandydatka między rzędami, Szef podawał mikrofon, i ludzie pytali! O wszystko! I dostawali odpowiedź bez zbędnego namyślania się. Nie było dogadywania, nie było złej krwi, nie było złości, przeklinania, wyzywania od najgorszych!!! Była merytoryczna dyskusja! A na koniec można była sobie zrobić zdjęcie! Ja nie musiałam, Siedziałam tak, że w odpowiednim czasie znalazłam się w odpowiednim miejscu!

A wiecie dlaczego jestem wściekła?
Bo jak zaczęłam czytać sprawozdania z tego spotkania, i hejt, który się wylał, to wierzcie mi, że zrobiło mi się przykro.
Bo co można odpowiedzieć np. na takie coś:
"Średnia wieku otumanionych uczestników tego neomarksistowskiego spędu zdrajców i zaprzańców spod znaku Targowicy nie wróży na szczęście powodzenia temu antypolskiemu projektowi. Powiem tylko jedno! PRECZ TARGOWICO antypolska. Niech cię piekło pochłonie"
Albo gdy ktoś udawadnia, że padły słowa ....  ( nie będę cytować), które nie padły, bo jednak byłam tam od początku do końca, a póki co słuch mam jeszcze dobry!
No ręce i głowa po prostu opadają!
Bardzo bym chciała jednak, aby to, co powiedziała Pani Marszałek, spełniło się! A Mianowicie :

"Chcę być prezydentem dlatego, żeby Polska była taka o jakiej myślę, Polska bez podziałów. Polska, w której każdy z nas będzie wiedział, że ma prawo mówić to co myśli, będzie wiedział, że nie zostanie sam w trudnych sytuacjach. Polska, w której będziemy mogli na święta w rodzinie siadać razem przy stole i nikt nikogo nie będzie wykluczał ".






piątek, 14 lutego 2020

"CHCESZ? NAMALUJĘ CI MIŁOŚĆ!


zdjęcia ze internetu

Dość dawno temu -  jeśli się nie mylę, upłynęło prawie 13 lat - wraz z pewną Poznanianką i moimi Wnukami, zwiedzałam skansen we Wdzydzach Kiszewskich. Mnie i mą Koleżankę zafrapował podwójny grób, usypany z ziemi pokrytej kwiatami i obramowany prostymi sosnowymi deskami. U wezgłowia tkwił ogromny głaz, malowany w niebieskie kwiaty, a nagrobne tabliczki były drewniane.

zdjęcie z internetu

Okazało się, że są to groby małżeństwa Gulgowskich, którzy byli założycielami Skansenu, a także szczodrymi donatorami wielu muzealnych okazów! Zaciekawiła nas przede wszystkim różnica wieku Małżonków, bo Żona była dużo starsza od Męża, a poza tym, przeżyła go o wiele lat. Byłyśmy przekonane, że grób ten krył jakąś tajemnicę, a byc może historię mezaliansu sprzed dwóch wieków niemalże. I faktycznie!
Szukając śladów tak zacnych mieszkańców Ziem Kaszubskich, natrafiłam na informacje jednego  z ich potomków!
Tekst poniżej został przedstawiony w trakcie pierwszego zlotu rodziny Gulgowskich w sierpniu 2006r. To przepiękna i bardzo wzruszająca historia!



„Spotkaliśmy się w miejscu romantycznej historii oraz w miejscu spełnienia marzeń sprzed stu lat naszych przodków Teodory i Izydora Gulgowskich.
Mój dziadek, Tomasz, ur. w 1865 roku, miał dwóch braci: Izydora oraz Kazimierza (którego losów nie znam). Trzej bracia urodzeni w Iwicznie, na Kociewiu, na dużym gospodarstwie rolnym, na którym pozostał mój dziadek Tomasz. Obecnie na gospodarstwie tym w Iwicznie przy ulicy Izydora Gulgowskiego zamieszkuje Bronek Gulgowski z żoną Heleną i dziećmi.
Izydor, urodzony 4 kwietnia 1874 roku w Iwicznie, uczęszczał do seminarium nauczycielskiego w Tucholi, po ukończeniu którego został nauczycielem w Dzierżążnie, potem w Konarzynach. Pewnego letniego dnia 1898 roku, płynąc czółnem Jeziorem Wdzydzkim na odpust Matki Boskiej Pocieszającej do Wiela, ujrzał na brzegu siedzącą na granitowym głazie piękną kobietę, całą ubraną w bieli, malującą krajobraz. Podpłynął w jej kierunku, a ona powiedziała: Chcesz, namaluję Ci miłość!

Było to wielkie uczucie, miłość od pierwszego wejrzenia. W tym samym roku, jesienią 15 października 1898 roku, z Konarzyn Izydor przeniesiony został na własne życzenie do Wdzydz Kiszewskich, by objąć stanowisko nauczyciela w miejscowej 4-klasowej szkole powszechnej, a głównie aby być bliżej swej wybranki. Wdzydze należały do kościoła i parafii we Wielu, z księdzem proboszczem Fethke (bratem Teodory).
Teodora Fethke urodziła sie 24 września 1860 roku. Pochodziła z rodziny nauczycielskiej w Wielkich Chełmach koło Brus w powiecie chojnickim. Po ukończeniu szkoły średniej studiowała malarstwo, następnie grafikę, hafciarstwo, zdobnictwo w tak zwanej Szkole Lettego.
W roku 1898 przebywając z wizytą u brata księdza – proboszcza we Wielu poznała Izydora. Zakochana nie chciała już wracać do daleko zaawansowanych studiów malarskich w Berlinie. Postanowiła wyjść za mąż za Gulgowskiego. Brat jej, proboszcz, sprzeciwiał się i absolutnie ani słuchać nie chciał o takim 'mezaliansie'. Marzył o lepszej partii dla swojej siostry, aniżeli nauczyciel na odludziu. Teodora była kobieta wykształconą i z określoną pozycją towarzyską. Ponadto między nimi istniała duża różnica wieku. Teodora była starsza od Izydora o 14 lat. Nie zważając na brata była stanowcza. Zamknęła się w pokoju i przeciwstawiała się kilkudniową głodówką. Brat w końcu wyraził zgodę i udzielił młodym błogosławieństwa. W maju 1899 roku odbył się ślub i para młodych przybyła bryczką zaprzężoną w cztery konie z Wiela do Wdzydz.
23 maja 1899 roku zawarli związek małżeński Izydor i Teodora Gulgowscy. Zamieszkali we Wdzydzach Kiszewskich. Byli wielkimi pasjonatami i obrońcami kultury kaszubskiej. Teodora założyła zespół hafciarek, Izydor dawał pracę mężczyznom ucząc ich umiejętności wyplatania koszy z korzeni sosny, pracując cały czas jako nauczyciel w szkole. Gulgowscy wszystkim co mieli, dzielili się z tymi, którzy w wiosce byli w największej potrzebie. Ponadto Gulgowscy postanowili uratować ówczesny kształt wsi. Początek skansenu to rok 1906, kiedy to zakupili od Michała Hińca chatę liczącą około 150 lat, stajnię, stołówkę ze sprzętami, meblami, którą rozebrali i postawili na własnym gruncie. Co zamierzali Gulgowscy? Może odpowiedzią niech będą własne słowa Izydora: „Może nadejść dzień, w którym wszystkie nasze skarby nie starczą na to, aby stworzyć obraz dawno minionych wieków”. W 1912 roku Izydor przeszedł na wcześniejszą emeryturę nauczycielską i więcej czasu mógł poświęcić pisaniu książek i broszur. W czasie I wojny światowej powołany został do armii niemieckiej. Po klęsce Niemiec i odzyskaniu niepodległości przez Polskę zgłosił się jako oficer do tworzącej sie armii polskiej i dosłużył się stopnia porucznika. Przez ówczesne Ministerstwo Oświaty został powołany do utworzenia w Kościerzynie Szkoły Gospodarczo-Przemysłowej, którą prowadził do śmierci, gdy zachorował na białaczkę. Miał 52 lata. Zgodnie z życzeniem pochowano go obok muzeum, na szczycie wzniesienia, wśród sosen, skąd rozciąga się widok na jezioro oraz na dzieło jego życia. Na grobie położono wielki kamień, na którym jego żona kazała wyryć krzyż, daty urodzenia i zgonu. Namalowała tam również kolorowe kwiaty.
Po śmierci Izydora od 1925 roku Teodora kontynuowała wspólne przedsięwzięcie, lecz w 1929 roku przekazała zbiory i muzeum ówczesnemu Ministerstwu Oświecenia Publicznego pozostając nadal kustoszem muzeum. 6 czerwca 1932 roku wybuchł wielki pożar, który strawił całe muzeum, w tym również dom mieszkalny Gulgowskiej. Spłonęły wszystkie cenne zbiory. Pomimo że Teodora przekroczyła już 70. rok życia, nie załamała się. Rozpoczęła starania, aby odbudować muzeum. Sama zamieszkała w dawnej swojej pralni. Odbudowała chatę – muzeum, od nowa sprowadziła sprzęt, meble i narzędzia.
W czasie II wojny światowej od 1939 do 1945 roku wnętrze odbudowanej chaty muzealnej uległo znowu dużym zniszczeniom. Na teren muzeum wprowadzili się uciekinierzy i przesiedleńcy niemieccy. Szereg eksponatów zginęło bądź zostało mocno uszkodzonych. W końcu II wojny światowej Teodora ciężko chorowała i żyła w skrajnej nędzy, czego dowodem mogą być listy do Wojewody. W jednym z nich (1946 r.) napisała takie oto zdanie do Wielmożnego Pana Franciszka Sędzickiego: „Jak najserdeczniej dziękuję, że Pan moją biedą się opiekuje. Spędziłam swoje ostatnie dnie życia w największej biedzie, żyję czasami tylko kartoflami z solą, bo na co inne środki nie starczą. Niezmiernie byłabym wdzięczna za jakąś zapomogę. (...) W 1948 roku skansen przejął skarb państwa. Teodora Gulgowska umarła 21 maja 1951 roku (26 lat po śmierci matki). Została pochowana obok małżonka na wzniesieniu na terenie muzeum. Małżonkowie Gulgowscy dzieci nie mieli"

Jeśli ktoś będzie zwiedzał Skansen we Wdzydzach Kiszewskich, niech zatrzyma się na wzgórzu nad jeziorem, w cieniu sosnowego lasu! 
ONI tam będą! I ich wieczna Miłość!





sobota, 8 lutego 2020

ZNALEZISKO!

Pamiętacie, jak niedawno pisałam, że z własnej inicjatywy wywaliłam w kosmos swoje zdjęcia i wpisy z bloxa?
Dzisiaj robiłam porządki w szufladach z płytami nie tylko starego typu, ale na CD-kach, których mam mnóstwo!
I zupełnie przez przypadek odkryłam Cedeki, na których było kilka niespodzianek. A mianowicie:
 - Cedek od Szparagusa - kolega australijski z czasów mej pisaniny na Dziennikach twojego Stylu!
 - Cedek z pierwszych trzech lat pisania na Bloxie!
Zaczęłam czytać wszystko na tym drugim, który zaczynał się od lutego 2007 r.! Jest tam kilka "smaczków", z którymi się też podzielę z Wami, bo to moje wspominki, ale dzisiaj.......
Pierwszy wpis był taki:


Znalazłam na mojej poczcie!!!!
Żeby nie było! Przedstawiam tak, jak w mailu! I gdyby to , co poniżej nie było takie smutne, to pewnie byłoby śmieszne.
Ale mnie wcale do śmiechu nie jest.
 CYTAT DNIA: "Jestem gotów plunąć w mordę każdemu, kto powie, że  jestem niekulturalny." A.Lepper
 To był wyjątkowy rok, takiego nie mieliśmy od 17 lat: pierwszy raz od 17 lat do marszałka sejmu wpływa wniosek, aby Jezusa Chrystusa ogłosić królem, a na komendzie można zamówić taxi lub pizzę. Wszystko zaczęło się od kampanii partii, zwanej żartobliwie prawem i  sprawiedliwością, pod wdzięcznym Tytułem "My dotrzymujemy słowa".  W ramach "my dotrzymujemy słowa" - "jeśli mój brat zostanie  prezydentem, ja nie zostanę premierem", premierem został atrakcyjny  Kazimierz, pierwszy  produkt medialny w Europie Środkowej. Rodzime "Truman Show" potrwało  pół  roku, w tym czasie w ramach "my dotrzymujemy słowa" w kwestii taniego  państwa, powstało najwięcej w historii wolnej Polski nowych  ministerstw  i sekretarzy stanu, z ministerstwem śledzi i morza na czele. Mamy najwięcej  w historii Polski marszałków sejmu i senatu oraz 4 wicepremierów.  Dwukrotnie TK zanegował ustawy przegłosowane w odstępie kilku miesięcy, co jest absolutnym rekordem. Mięliśmy w ciągu roku 3 rządy, w ramach  tych  samych partii 3 rodzaje koalicji na trzech różnych pakietach umów, do  tego dwóch premierów, pięciokrotnie był wymieniany minister finansów.  Jeśli mój  brat zostanie prezydentem, ja jednak zostałem premierem, ponieważ premier,  który ma 78% poparcia społecznego był za słaby, wymieniliśmy go na  premiera, który ma 33% poparcia, a premier który miał 78% poparcia przegrał wybory na prezydenta Warszawy. Pierwszy raz od 17 lat Polska zobaczyła masówkę, 160 cm kompleksów spędziło słuchaczy radiowęzła z Torunia do stoczni i uroczyście przysięgało nie rozmawiać z Lepperem, po czym polazły i gadało, ale o tym za  chwilę.  Pierwszy raz od 17 lat w ministerstwie sprawiedliwości w randze  Wiceministra zasiadł sędzia stanu wojennego i w randze ministra  koordynatora komunistyczny prokurator z lat 70. Takiej kadry nie miał nawet Leszek Miller. Na fali rewolucji moralnej marszałkiem sejmu, a  następnie premierem wybrano 4 krotnego recydywistę, członka powołanej przez SB grupy politycznej, na co dokumenty widział brat. Premiera recydywistę zdymisjonowano za warcholstwo, co było ewidentnym chamstwem, by  następnie w  nocy bez kamer tuż po projekcji filmu o JPII wskrzesić i wsadzić na  szczyty władzy.  Od 17 lat nie mieliśmy w rządzie koalicyjnym klubu, który w ponad  50%  składa się z oskarżonych lub skazanych prawomocnymi wyrokami posłów,  znajdziemy w IVRP odnowy moralnej, posła pedofila, posłankę skazaną  za fałszowanie przepustek więziennych, europosła oskarżonego o gwałt,  rodzimego posła oskarżonego o gwałt, jego żonę oskarżoną o  defraudacje,  posłankę, która zasłynęła, jako operatorka scen korupcyjnych, a  następnie  została skazana przez komisje etyki i ta sama komisja uniewinniła  posłów  korumpujących posłankę. Znajdziemy posła wyrzuconego z klubu PiS za  jazdę  po pijaku, jest poseł wywalony z SO za awantury w dyskotece, jest  również poseł powołujący się na znajomości z ministrem sprawiedliwości w  czasie egzekucji komorniczej, za co został wywalony z SO, cały ten kwiat  polskiego parlamentaryzmu tworzy koalicyjne koło narodowo - ludowe.  Pierwszy raz od 17 lat minister sprawiedliwości 80% czasu pracy  poświecił na konferencje, pierwszy raz minister pokazał społeczeństwu  jak się niszczy  dokumenty przy okazji sprawy politycznej, gdzie o 6.50 prokuratura  wkroczyła do PZU na wniosek posła Kurskigo, członka sztabu wyborczego PIS, który oskarżył Donalda Tuska o fałszerstwa polegające na kupowaniu bilbordów od PZU. Jak się okazało nie było ani jednego świadka  potwierdzającego słowa Kurskiego, firma obsługująca PZU obsługiwała  PIS nie PO, a sędzią w tej sprawie był minister, który był szefem kampanii  wyborczej PiS. Sprawę umorzono, poseł Kurski błaga na kolanach o ugodę.  To samo ministerstwo sprawiedliwości w ciągu roku zresocjalizowało  Rywina, wypuściło Jakubowską i Jakubowskiego, łamiąc prawo aresztowało  Wąsacza,  nie wyjaśniło ANI JEDNEJ SŁYNNEJ AFERY łącznie z afera Rywina, którą  obecny  minister jako członek komisji pono rozwiązał w ułamku sekundy, tylko  ówczesne władze blokowały śledztwa. Pierwszy raz od 17 lat rząd, który popierał lustrację zamknął do  spółki z  klerem usta księdzu Sakowiczowi, prezydent podpisał wadliwą ustawę  lustracyjną, a następnie sam znowelizował ją do poziomu ustawy, która  obowiązywała wcześniej. Nie złapano ani jednego członka układu, nie  odebrano emerytury ani jednemu ubekowi, za to opluto wielu  opozycjonistów, w tym nieżyjących jak Jacka Kuronia i uczynił to  człowiek, który nie spędził ANI JEDNEGO DNIA W KOMUNISTYCZNYM  WIEZIENIU, A W CZASIE STANU WOJENNEGO JAKO JEDYNY OPOZYCJONISTA Z  KRĘGU WAŁĘSY SIEDZIAŁ U MAMUSI  POD  PIERZYNĄ. Na tym tle pokazuje się najbardziej czytelny podział w  IVRP. Komuniści dzielą się na pisowych i pozostałych, z tym, ze pisowi tacy  jak  Gierek, Jasiński, Kryże, to dobrzy komuniści, pozostali są z układu. Z układu są też wszyscy członkowie opozycji i media, z tym, że w tym  wypadku ważny jest kontekst i przydatność "układowa". Znany polityk  opozycji najpierw dostał propozycję objęcia rządu IVRP, potem  ogłoszono go mordercą demokracji, by znów zaproponować mu miejsce w rządzie.  Pierwszy raz od 17 lat rząd, który nie zrobił nic w kwestiach  gospodarczych, nie wydał najmniejszego dokumentu, choćby najniższej  wagi regulującego jakikolwiek obszar gospodarczy, okrzyknął się twórcą 1 punktowej inflacji i PKB na poziomie 5 pkt. Pierwszy raz szef  kancelarii prezydenta, który wyleciał z niej za prowadzenie spółki z baronem SLD  Nawratem, która to spółka jest ulubieńcem prokuratora, po kilku  miesiącach karencji został szefem doradców premiera.  Pierwszy raz od 17 lat ministrem spraw zagranicznym jest kierowniczka  magla, która nie odróżnia dwóch najważniejszych dla Polski traktatów  regulujących stosunki z sąsiadami.  Pierwszy raz od 17 lat 8 ministrów spraw zagranicznych, a więc  wszyscy uznali polską politykę zagraniczną za szkodzącą i ośmieszająca kraj.  Nigdy dotąd w historii 17 letnich zmagań z demokracja, prezydent  nie odwołał spotkania na szczycie tłumacząc się rozwolnieniem  wywołanym artykułem w niemieckim brukowcu.  Nigdy dotąd polski premier nie żebrał o 4 minuty rozmowy z  prezydentem  USA by w jej trakcie oddać z wdzięczności 1000 polskich żołnierzy na  misję pokojowe". Nie zdarzyło się od 17 lat, aby polski premier musiał się tłumaczyć w Brukseli, że Polska nie jest krajem antysemickim, w którym króluje homofobia i nigdy podobnych tłumaczeń nie uznano za sukces dyplomatyczny. Nie zdarzyło się w wciągu 17 lat by prezydent wygłosił 2 minutowe orędzie, oznajmiając, że nie rozwiąże parlamentu. - Nie było takiego przypadku by ministrem edukacji został szef  organizacji, której obecni, przyszli lub byli członkowie palili  pochodnie w  kształcie  swastyk, udawali kopulację z drzewem, oraz między sobą.  Nie pamięta Polska takiego przypadku, by członkowie koalicyjnego rządu, podawali rękoma weterynarzy środki wczesnooporonne przeznaczone dla bydła kobietom zgwałconym przez innych członków.  Nie miał nigdy miejsca taki przypadek by premier i prezydent z tytułami  naukowymi tak kaleczyli język polski, mówiąc "włanczam", "som", "świętobliwość Biskup Rzyma", oraz mlaskali, oblizywali wargi,  odbijali w  kułak, a pierwsza dama zasuwała do samolotu z reklamówką.  To był najciekawszy rok od 17 lat, polskie władze w ciągu roku  wykreowały i sprzedały taki wizerunek Polski, który świat pamięta z  początku XIX wieku.  W ciągu tego roku nasze stosunki z Niemcami, UE i Rosja zatoczyły  koło  i wróciły do czasów Układu warszawskiego i RWPG.  W ciągu tego roku wystąpiła największa fala emigracji od czasów  stanu  wojennego.  Z 3 mln mieszkań nie powstało ani jedno w ramach programu rządowego,  z  setek kilometrów autostrad w przyszłym roku powstanie 6 km odcinek, stadionu narodowego w Warszawie nie będzie, ponieważ wygrał  niewłaściwy kandydat.  Cały ten dorobek nazywa się IVRP, której nie ma na żadnej mapie  świata,  a  powstał ten twór chorej wyobraźni w efekcie rewolucji moralnej, która  skalą, siłą i zapachem przypomina szambo spuszczone z Giewontu do  Jastarni. To był rok bliźniąt na kaczych nogach, dziękujmy Bogu, że go przetrwaliśmy  i prośmy, by już nigdy więcej dobry Bóg podobnych dowcipów nam nie  robił,  niech chociaż pierwsza dama kupi sobie torebkę, a I strateg solidny  klej  do protez, do gospodarki nie mieszajcie się jak przez ostatnie 12  miesięcy,  a  jakoś to przetrwamy braciszkowie bosy, partyzanci kwatermistrze,  komisarze spółdzielczy, pionierzy, kołchoźnicy, rewolucjoniści  moralni w  walonkach. 
 Grupa Trzymająca Wagę


Nie przytaczam komentarzy. Jestem ciekawa po prostu, jak zareagujecie teraz?
Ja nie wiem, ale mam takie jakieś przekonanie, że chyba nie za bardzo prosiliśmy, co?

sobota, 1 lutego 2020

JEZIORO I BALI !


Dwa dni temu, przed północą zaczął padać śnieg. W południe jego płatki były naprawdę ogromne!


A dzisiaj? Nad jeziorem prawie nie widać różnicy między tym, co bliskie, a tym, co dalekie, między niebem a ziemią! Nad wodą i nad porośniętym trzciną brzegiem rozciągają się smugi mgły, które zacierają wszelkie granice. W tym otoczeniu nawet żółtobrązowe trzcinowiska wyglądają osobliwie.

Trochę nerwowo u nas! Wszystko przez nieciekawe wiadomości z Azji. Wprawdzie Wnuk ze swoją Lubą od dwóch tygodni siedzą na Bali, ale wielkimi krokami zbliża się im koniec wakacji, i muszą wrócić do Czengdu! Niby siedlisko choroby, o której mówi już przynajmniej połowa świata, jest daleko, ale co to jest 1000 km? Dobrze, że mamy w naszej rodzinie  "łiczata", przynajmniej jesteśmy ze wszystkim na bieżąco. Za ciekawie nie jest, bo Wnuk po powrocie z urlopu miał zacząć nową prace, ale niestety, musi poczekać aż sytuacja się wyklaruje, no i wszystkie placówki oświatowe są zamknięte do odwołania. Planowali w połowie  miesiąca przylecieć do kraju, ale chyba to nie jest możliwe, a przynajmniej do czasu, aż "wróg" nie ustapi! Poza tym Luba teraz nie dostałaby wizy, a bez niej Wnuk się nie ruszy! Póki co nakładliśmy Im ( raczej Jemu, bo chińskiego my ani w ząb) do uszu, jak mają przez to wszystko przejść bez szwanku, ale czy to się wie do końca, co będzie? Trzeba czekać!
Dla pokrzepienia dostaliśmy trochę zdjęć z Bali. To się dzielę, a co tam! Będzie mi raźniej, gdy sobie tak je oglądać będę ze świadomością, że nie jestem ze swoją rozterką sama!








Park wodny Tirta Gangga to labirynt basenów i fontann otoczonych bujnym ogrodem z kamiennymi rzeźbami i posągami, które sa typowe dla Bali. Nadmiar wody w basenach nawadnia okoliczne pola ryżowe.


Na klifie po stronie południowo-zachodniej stoi świątynia Uluwatu, z której można ogladać najpiękniejsze zachody słońca na wyspie.


Plaża Jimbaran




Świątynia Tanah Lot na wybrzeżu Bali - razem z pozostałymi sześcioma świątyniami ma tworzyć swoisty mur obronny przed złymi mocami nadciągającymi od strony oceanu!


Pura Penataran Agang - schody wiodące do bramy głównej świątyni, zwanej Goa Lawach - świątynią nietoperzy . Najbardzier znane miejsce instagramu, pewnie dlatego tylko pokazane częściowo!