czwartek, 9 kwietnia 2020

ŻYCZENIA NA WIELKANOC !!!

Rzeżusze -watki, owcom - baranków,
Pietruszce - natki, Skowronkom - ranków,
Pisankom - pasków, pisklętom pisków,
Zającom - lasków, indeksom - zysków,
Marzannom - zgonu, jajkom - świeżości,
Baziom - wazonu, 
A nam Radości!
I ZDROWIA!





Na Wielkanoc życzę Wam – czasu na zadumę, spokoju i obecności tych, którzy są dla Was najważniejsi. Życzę Wam dobrych chwil przy świątecznym, stole, nadziei w sercu i wiosny (także za oknem), która rozwieje smutki, przyniesie optymizm i siłę na następne miesiące.

Świąt zielonych od nadziei, która nawet gdy umiera, to rodzi się na nowo. Zawsze. Co roku! Alleluja!

wtorek, 7 kwietnia 2020

POWOLUTKU, POMALUTKU!

Od połowy stycznie prawie zabrałam się do dziergotek wielkanocnych. Nie spiesząc się bynajmniej wcale, bo wolniutko przybywały, znaczy się - po jednemu! W międzyczasie zawsze coś tam innego wpadło w rękę lub do zrobienia!  Wpierw szykowałam wszystko na kartki, których w tym roku zdążyłam wysłać 26. Z tego 13 za granicę, z których zwrot był tylko z Irlandii, gdyż pieczątka na kopercie zawiadamiała, że odwołano loty. Kilka, najbardziej roboczo trudnych  już nie zdążyłam, bo koronowirus i nie wiadomo, co na poczcie się może zdarzyć. To zabrałam się za produkcję dla Progenitury. Też wolniutko! Ale już przedwczorajszą niedzielę miałam całkowicie wolną. No!
A to przykłady moich wypocin! ;-)))





Mam komfort w spacerowaniu, którego póki co nasza "władzuchna " jeszcze nie zakazała.  Mieszkam  niedaleko nadjeziornej promenady, która po mniej więcej pięciuset metrach się kończy. Jeszcze w ubiegłym tygodniu chodziłam sobie wieczorami, ale w tym uznałam, że skoro ludzi nie widać, to mogę w biały dzień też.





Pierwsze, co mi sie rzuciło w oczy, to świeżo zcięte drzewo. Komuś chyba sie to nie spodobało, mnie zresztą też nie, bo widać, że było zdrowe. Ludzie naprawdę nie mają rozumu! Przyjeżdżają tylko  na 3-4 miesiące w roku, i muszą wszystko mieć na "patelni"! 
A dzisiaj podreptałam na sam koniec promenady i nacięłam gałązek wierzbowych i jeszcze trochę nierozkwitłych baziek, które rosły sobie w cieniu.
I mam już dekorację przy wejściu!



I trochę okiennie zaszalałam. Tylko cztery, najmniejsze wyczyściłam. Nie lubię się przemęczać, to trzy największe zostawiam sobie na jutro. A potem cała robota na Święta, to ogarnąć domek i zrobić mazurek, aby Progenitura też mogła skosztować. Świętować będziemy skypowo! Muszę tylko jeszcze sprawdzić, czy mój skype działa, bo już dawno nie używany był!

Trzymajcie się Wszyscy! Zwłaszcza w Zdrowiu!

czwartek, 2 kwietnia 2020

JAK SIĘ NIE NAROBIĆ?

Lenistwo mnie ogarnęło względem pitraszenia!
Najlepiej żyłabym na samych zupach, ale...... czasami chciałoby się coś takiego sobie przygotować, aby jednocześnie długo w kuchni nie siedzieć!
Dlatego kupuję ciasto francuskie, którego kilka sztuk mam zawsze w lodówce i zamrażalniku!
Uwielbiam z tego ciasta roladę szpinakową, i różne pierożki z farszami, jakie tylko wpadna. do głowy! Zresztą możliwości jest całe mnóstwo.
U mnie pierwsze skrzypce graja pizzerinki. Tak to nazwałam, bo tak mi pasowało. Pracy 10 minut, 25-30 minut w piekarniku, i już gotowe! Na słono przede wszystkim, ale na słodko też, jak najbardziej!
Moja Progenitura za tym przepadała zawsze, kilku  Koleżankom z mniejszymi Wnukami też sprzedałam ten pomysł, i wszyscy byli zadowoleni!
Należy zatem kupić takie ciasto w jakimkolwiek markiecie. Potem wyjąć z celofanu i pergaminu, oraz rozłożyć na blacie stołu lub stolnicy. Z każdego płatu wychodzi 6 sztuk pizzerinek!
A robię to tak: teraz będzie lekcja poglądowa! ;-)))))

1. Płat ciasta pokroić na 6 kwadratów. Każdy kwadrat ponacinać na przeciwległych brzegach jak niżej



2.  Przełożyć nacięte odcinki z lewa na prawo 


3. Tak samo przełożyć nacięcia z prawa na lewo, aby uzyskać kształt, jak poniżej



4. Środek każdej pizzerinki ponakłuwać widelcem


5. Na każdą część nakłutą położyć to, na co ma się ochotę. Ja dałam plasterek kiełbasy krakowskiej, a na to pomidorek koktailowy


6. Rozbełtać w małej miseczce jajko, i każdy brzeg nim posmarować


Wszystko umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia


7. Na kawałki  z kiełbaską i pomidorkiem, położyłam plasterek serka hochland, a na  pozostałe - parę plasterków mango, które mi zostało ze śniadania


8. Piec w pikarniku nagrzanym do 180 st.C przez 25-30 min. Blacha powinna byc na najniższym poziomie, jeśli jest ser. Bo lubi się przypalać!


 9. Wersja pikanta jest z keczupem


10. Wersja na słodko jest posypana cukrem pudrem ! W tym wydaniu przetestowałam wszystkie chyba owoce. Każde sie nadają!



SMACZNEGO!

piątek, 27 marca 2020

TRWANIE

Przemeblowało się nam życie ! Przenicowało zupełnie to, co zazwyczaj było normą, a teraz.....? Strach się bać każdego kolejnego dnia, bo zupełnie nie wiadomo, co przyniesie!
Całe szczęście, że już mam niezły bagaż lat za sobą, to i ogląd tego co się dzieje przez koronowirusa, zupełnie inny pewnie jest, niż u młodych ludzi. A młodzi nie zdają chyba sobie sprawy, jak to teraz wszystko jest na poważnie! Wystarczy spojrzeć popołudniami na te tabuny roześmianych twarzy, które pewnie po niejednym piwku nawet są! Zero refleksji. Jest zabawa, to się bawimy! Oby szybko otrzeźwieli!
 Na zakupy jadę raz, góra dwa razy w tygodniu! U nas , na wsi jakoś ludzie nie do końca przekonani do wymogów, bo dopiero od paru dni pilnują się co do odstępów między sobą. U rzeźnika kolejka była normalna, jak za dawnych czasów! Zwiałam w podskokach!!! W spożywczaku ludź na ludziu! W nieodległym mieście , każdy pilnuje zasad, nie wchodzi na "chama" do maleńkiego sklepu, a w marketach pilnuje się odstępów. Dziwny jest tylko nakaz w Kaufie, ochroniarz nakazuje brać wózek!

Na spacerki chodzę! Rano, raniusieńko, jak to w piosence dawnej o Dorotce, co harcowała i nocą, i w południe, i ranna rosą! Tą rosę to ja będę miała na mym skrawku ziemi dopiero, gdy się ciut ociepli, i wtedy spokojnie będę mogła po niej harcować. Póki co, podglądam kaczki, bo łabędzie gdzieś się wyprowadziły, a reszta biało-szarego ptactwa wydziera dzioby na środku jeziora. Pewnie tam najwiecej narybku i można ogłaszać radość  - tyle dobra do konsumpcji !



Po naszej stronie promenady dużo się dzieje! Kontynuowane są prace nad budową pirsów, czy czegoś takiego, co w ostatecznym rozrachunku nazywa się pomostem technicznym. Domyślam się, że chodzi o to, aby w czasie silnych wiatrów północnych, wyhamować ich impet, który prowadzi do uszczuplania nabrzeży!



Powyżej  początek  pracy, niżej najważniejsza część skończona, a jeszcze niżej - efekt!

Ciut kulinariów w moim wydaniu! Bo pochwalić się muszę, że od września ubiegłego roku, do teraz, straciłam prawie 6 kg. Bez wielkich wyrzeczeń! Myślicie, że to mało? Według mnie to sukces, bo wiek mam słuszny, tendencje do tycia, a teraz .....namówiła mnie Córka-Wiewiórka, i efekty są!
Prawie zrezygnowałam z mięsa, wędliny jadam od"wielkiego dzwonu", chleb dwa, no może trzy razy w tygodniu, naprzemiennie na śniadanie lub kolacje. Generalnie , to dużo nie musiałam zmieniać, bo na ten przykład, śniadania to prawie zawsze owsianka z owocami i jogurtem naturalnym, na zmianę z twarożkiem okraszonym pomidorkami koktajlowymi, rzodkiewka i bazylią. W sobotę jajko na miękko, w niedzielę jajówa z dwóch białek i jednego żółtka,a do tego full wypas - trzy plasterki boczku! :-)))). Obiady to przede wszystkim zupy, zupy, zupy, a także  warzywa w każdej postaci.  Czasem kurze cycki grilowane na patelni w otoczce papirusowej.Wykładam toto na sałatę, na której wcześniej wyladowały kawałeczki papryki, ogórka, pomidora, a potem skrapiam własnoręcznie robionym winegretem!


Kolacja to zazwyczaj sałatka z surowych, drobno pokrojonych warzyw, z odrobiną soli i pieprzu, polanych olejem rzepakowym,i odrobina soku z cytryny lub octu balsamicznego! A raz w tygodniu, moja ulubiona salatka Caprese! Jak poniżej!


Mam jednak pewien problem, a mianowicie ten, że nawet gdy kupuję niewielkie ilości innych smakowitości, jak ta pokazana ponieżej pasta z bakłażana, nie znalazłam sposobu na to, by zminimalizować straty.


Nawet tak minimalna ilość, dla mnie samej jest ogromna. Jak pisałam, rano chleba nie jem, czasem, 2-3 razy na tydzień, a taka pasta niby ma długi okres trwałości, ale bardzo często mi pleśnieje. Mam "przysłowiowego mola" na tym pukcie, nawet parę włosków pleśni jest powodem, by wyrzucić całą zawartość słoiczka!
Macie jakieś sposoby na takie marnotrawstwo?

Dla Wszystkich - moc ciepłych mysli i życzenia, byście byli Silni! Bo tak teraz trzeba!


poniedziałek, 16 marca 2020

PUŚCIŁO !!!


Prawie półtora tygodnia mnie trzymało wielkie wkurzenie! Oby nie powiedzieć nawet dosadniej!!! Oszczędzę zatem mało parlamentarnych wyrażeń tutaj, ale co narzucałam różnych "jaśnistych z ogonkiem", to moje!
A wszystko przez Dziecko Starsze, które sobie z Małżem poleciało do Anglii, w sam środek prawie wirusowego królestwa!!!! Nijak nie szło ich odwieść od tego zamiaru, chociaż widzieli się z psiapsiółką w Sylwestra! Najważniejsze, że jadą za śmiesznie małe pieniądze! No wziąć i natrzaskać na gołą, nie patrząc, że dorośli!!! I aby jeszcze było śmieszniej, zostawili na miejscu starszą wnuczkę, która akuratnie leżała mocno zaziębiona. Całe szczęście, że o 5 domów dalej mieszka druga Babcia, bo zupełnie nie wiem, czym by to się skończyło!
Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że jak wracali w piątek rano z Bristolu, to owszem, na lotnisku w Gdańsku zmierzono im temperaturę, wypełnili kartę pobytu i puszczono ich bez nic do domu. Mieli chyba więcej szczęście, niż rozumu, bo przecież już od soboty zaczęły się większe obostrzenia.
Te 8 dni, gdy zwiedzali sobie beztrosko Kornwalię, było tak dla mnie stresujące, że brak słów. Nic nie miałam siły robić, nie chciało mi się, tylko siedziałam w telewizorni i śledziłam doniesienia, co, gdzie i jak z tym koronowirusem jest!
Radośnie zakomunikowało mi Dziecko Starsze w piątek po południu, że są cali i zdrowi, i że spotkamy się, ale kiedy indziej, bo Ona musi zrobić sobie zapasy, zorientować się, na jaką zmianę iść do pracy, a tak w ogóle, to lepiej abyśmy ograniczyły kontakty. Całe szczęście, że sama na to wpadła, bo miałam tego samego zażądać.
Dzisiaj rano zadzwoniła, że jednak ma iść do lekarza po zwolnienie, bo do pracy jej nie dopuszczono. I wielce była zdegustowana, że zajęło to jej kilka godzin, gdyż chodziła od "Annasza do Kajfasza", bo doktorka nie miała podstaw, ZUS zamkniety, Sanepid też, dodzwonic się tam nie szło. W końcu wyprosiła od doktorki zwolnienie na cokolwiek, które dostała! Słów na to wszystko brakuje też. Zięciu  pracuje jako "wolny elektron" i sam sobie sterem, żeglarzem, pracownikiem i dyektorem!
No i aby było jeszcze śmieszniej, to Dziecko Młodsze, z potężnym katarem, który ma od jesieni, też chodzi do pracy.
Całe szczęście, że wcześnie dość zrobiłam sobie całkiem przyzwoite zapasy. Tylko o jednym zapomniałam, a mianowicie o drożdżach, które wymieciono dokumentnie! Za to uradowałam się wielce, gdy w trakcie porządków łazienkowych znalazłam jeszcze ważne opakowanie Octeniseptu! Wprawdzie mam zrobiony płyn odkażający ze spirytusu, ale od przybytku głowa nie boli! ;-))))
Siedzę sobie w domeczku, a to kuknę w telewizor, a to poczytam, a to zagram w mahjonga, a to popitraszę. Kartki świąteczne, swoim zwyczajem  ( w latach ubiegłych zawsze na miesiąc przed  )wysłałam w połowie ubiegłego tygodnia. Przyznaję się bez bicia, że to nieprzemyślane było, bo mogłam później zrobić to majlowo, zatem gdyby co, to dajcie tylko znać czy doszły, na co gwarancji w obecnej sytuacji nie ma żadnej, i nie rewanżujcie się tym samym, bo jest jak jest!
Ścibolę jednak dalej, bo czymś ręce zająć trzeba. Bibliotekę zamknęli też, a nie wiem, czy sąsiadka będzie skłonna udostępnić książki ze swego dość obfitego zbioru. Wprawdzie ma tylko kryminały i thirllery, ale nie ma co wybrzydzać. Żałuję tylko, że jednak nie kupiłam swego czasu czytnika ebookowego! Byłby jak znalazł!
Za to spacerować można u nas dowoli, zwłaszcza po nadjeziornej promenadzie. Ja to robię albo raniutko, albo wieczorem - zero ludzi, cisza, spokój, jakby wszystko zamarło i poleciało w kosmos!


Trzymajcie się moi Mili, niech żaden wirus Was się nie ima! I uważajcie na siebie! Macham!!!